Comments: 12
muzonatchniuzo 4 years ago
temat na co najmniej dysertację. i uważam, że każdy - nie tylko czytelnik-lingwista czy czytelnik-tłumacz powinien mieć świadomość tego, że ma do czynienia z przekładem, którego jakość może być różna. przecież jeszcze parę dekad temu, w polskiej szkole tłumaczeniowej obowiązywała zasada, aby tłumaczyć tak, "jak gdyby książka napisała była przez Polaka", przekręcając imiona i zmieniając elementy świata przedstawionego, dostosowując je do polskich. Z obszernej literatury polecam książkę "Elementy kulturowe w angielsko-polskich przekładach science-fiction i fantasy" Doroty Guttfeld - jest tam spory fragment o błędach w tłumaczeniach, można się przednio ubaw
ić.
muzonatchniuzo 4 years ago
a co do tłumaczenia Harry'ego Pottera, to muszę Cię zmartwić - zdaje się, że Polkowski nie robił tego sam, a raczej kierował całą grupą tłumaczy, dzięki której możliwe było wydawanie kolejnych tomów w 3 miesiące (!) po premierze, którzy chyba nawet nie są wymienieni z nazwiska.
Zgadzam się, że to jest temat rzeka. Ale świadomość tej zmiennej jakości przekładów wśród czytelników chyba jest stosunkowo mała. Ba, ja sama w swej naiwności długo uważałam, że skoro już ktoś robi przekład to zapewne robi to dobrze. Rzeczywistość z całą brutalnością później do mnie dotarła. Inna sprawa, że przed pewnymi błędami nie da się nijak ustrzec i ta praca wymaga nie lada wysiłku i kreatywności, bo niektóre rzeczy są nieprzetłumaczalne i na to też trzeba brać poprawkę. Ale zawsze koszmarnie mnie denerwowało te przechrzczenia dokonywane z uporem maniaka i zmiany nazwisk bohaterów na ich polskie wersje.
Co do Pottera - słuszna uwaga, gdybym zwróciła uwagę na daty premier części powyżej czwartej w tych swoich peanach na cześć Polkowskiego i w ogóle sprawdziła coś więcej na ten temat to bym to uwzględniła. A tak kierowałam się tylko wspomnieniami o trwającym wieki całe oczekiwaniu na kolejne wydania :)
muzonatchniuzo 4 years ago
i tak bywa:) nie mniej, przykład harry'ego pottera ukazuje tę jedną z bardziej niewdzięcznych stron bycia tłumaczem - że ty się natyrasz, mało ci zapłacą i jeszcze nie zapewnią korekty (bo przecież nie ma na to czasu, trzeba szybko wydawać, liczy się tylko zysk wydawcy [bo przecież tłumacz dostaje stawkę zryczałtowaną]), a na okładce wspomina się tylko jednego, tylko dlatego, że jest sławniejszy od ciebie i swoim nazwiskiem "firmuje" przekład
Literatka kawy. 4 years ago
Ale i tak najbardziej karkołomnym zadaniem jest przekład poezji.
Dlatego poezję pozostawiłabym chyba w ogóle tłumaczom poetom, bo proza a poezja to niebo a ziemia - stwierdzam z pozycji bądź co bądź laika.
muzonatchniuzo 4 years ago
hej, a gdzie są takie studia? :)) ja wiem tylko o przekładzie literackim (podyplomówka np. w Krakowie), chodzi Ci o to?
Do napisania tych wywodów chyba natchnęło mnie też właśnie to, że sama ślęczę teraz nad przekładem. To tylko opowiadanie i zupełnie do szuflady, ale takie moje widzimisię, ambicja, kaprys :) Wyszło trochę jakbym miała lekkie zaburzenia obsesyjno-kompulsywne na tle jakości tłumaczeń, ale fakt faktem że wynajdywanie takich kwiatków daje pewną satysfakcję i można mieć nie lada ubaw z niektórych tworów :)
frenofagiusz 4 years ago
Swoją drogą kiepski przekład potrafi zepsuć dobrą książkę. Tak było u mnie z "Mrocznymi materiami" Pullmana. Pierwszy tom przeczytałem błyskawicznie i byłem oczarowany. Od razu wziąłem się za drugi, tylko tyle, że w innym tłumaczeniu. Doznałem totalnego rozczarowania. Miałem wrażenie, że książka została napisana przez zupełnie innego autora. Język prosty, poskładane to wszystko jak u gimnazjalisty, krótko mówiąc katastrofa. Finalnie musiałem dorwać inne tłumaczenie, żeby w spokoju skończyć książkę. Dopóki człowiek nie natknie się na takiego "kwiatka" to rzeczywiście nie zdaje sobie sprawy z tego jak olbrzymie znaczenie ma jakość przekładu.