logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: Hanna-Krall
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-06-10 14:12
Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall

 

Jacek Antczak

Agora, 2015

 

Reportaż cieszy się w naszym kraju wyjątkowym zainteresowaniem. Już od kilku lat z zaciekawieniem obserwuję, jak na półkach w księgarniach pojawia się coraz to więcej pozycji reporterskich (głównie nakładem wydawnictwa Czarne, ale nie tylko), systematycznie poszerza się nie tylko grono czytelników preferujących fakty od fikcji, ale również osób, które chcą tej prawdy dociekać na własną rękę.

 

A przecież napisać reportaż nie jest prosto. Na powieść trzeba mieć po prostu pomysł, potem wystarczy zasiąść przed komputerem i zabrać się do pisania (tak w dużym uproszczeniu). By powstał dobry materiał reporterski nie wystarczy pomysł, trzeba ruszyć się z domu i zabrać za zbieranie materiału, niekiedy narażając przy tym własne zdrowie, a nawet i życie. O ile w fikcji możemy sprawnie maskować konkretne osoby i fakty do woli korzystając z dobrodziejstw alegorii, żywiąc nadzieję, że czytelnik domyśli się, o co tak naprawdę nam chodziło, tak w reportażu takie kalambury się raczej nie sprawdzą. Reporter musi liczyć się z tym, że jego praca osądzana jest nie tylko przez czytelnika, ale i przez osobę, której dany materiał bezpośrednio dotyczy. Te niebezpieczeństwa nie zrażają jednak młodych adeptów sztuki reporterskiej, którzy pragną pójść w ślady Ryszarda Kapuścińskiego lub Hanny Krall.

 

Na rynku ukazała się właśnie książka Jacka Antczaka „Reporterka”. Jest to drugie, rozszerzone wydanie rozmów przeprowadzonych z Hanna Krall, królową polskiego reportażu. Rozmów szczególnych, bo tak naprawdę stanowiących kompilację wywiadów przeprowadzonych z pisarką z różnych okazji, przez różnych dziennikarzy. Rola Jacka Antczaka polegała więc na pieczołowitej selekcji ciekawych kwestii, które w tej niezliczonej ilości rozmów padły, ich uporządkowaniu i sklejeniu wszystkiego tak, by stanowiło jednolitą całość. Dopiero gdy pojawił się jakiś ubytek, gdy potrzebne było słowo komentarza, wówczas zwracał się z pytaniem bezpośrednio do Krall.

 

Podobnie jak w przypadku wznowionych ostatnio wywiadów z Konwickim, tak i „Reporterka” skupia się głównie na warsztacie autora, spychając wątki biograficzne na drugi plan. Z licznych rozmów uwzględnionych w tej książce wyłania się obraz pracy reportera, który w dużej mierze wiąże się z zagrożeniami wspomnianymi na początku tego tekstu. Hanna Krall opowiada o tym, jak powstają jej książki, zdradza czytelnikowi, co stanowiło dla niej inspirację i jak wglądała praca nad nimi. Na katach „Reporterki” chętnie opowiada również o swojej współpracy z innymi osobistościami świata kultury, m.in. z reżyserem teatralnym Krzysztofem Warlikowskim, Izabellą Cywińską, czy z młodszymi kolegami po fachu: Mariuszem Szczygłem i Wojciechem Tochmanem. Szczególnie dużo uwagi poświęca postaci Krzysztofa Kieślowskiego, z którym współpraca zaowocowała m.in. wyśmienitym „Przypadkiem”.

 

W „Reporterce” wyjątkowo zaznaczają się dwie kwestie. Po pierwsze – specyfika pracy reportera w czasach PRL. Reporterka opowiada o nieustannej ingerencji cenzury, o wstrzymywaniu wydań jej książek, a nawet o przemieleniu (!) nakładu jednej z jej prac. Drugą kwestią jest słynna rozmowa Krall z Markiem Edelmanem, czyli „Zdążyć przed panem Bogiem”. Choć Antczak starał się tak układać rozmowy, by w miarę równym stopniu odnosiły się do każdego z dzieł reporterki, to jednak kwestia powstania w warszawskim getcie wraca na kartach książki niczym bumerang.

 

W tej fascynującej i wciągającej opowieści o pracy reportera Hanna Krall zupełnie nieoczekiwanie ujawnia swoje dość intrygujące oblicze. Otóż okazuje się, że tytułowa reporterka to osóbka stanowcza, która potrafi wytyczać granice i ich uparcie bronić. Pomimo licznych prób nakłonienia autorki do opowiedzenia o swoim życiu, ona za każdym razem odmawia, twierdząc, że jej życie jest nudne, że nie chce rozmawiać o własnym smutku. Krall ujawnia też niezwykłą pewność siebie, brak skrępowania do wyrażenia własnego zdania. Mimo koleżeńskiego stosunku, który łączył ją z Kieślowskim, otwarcie krytykuje jego późniejsze, mniej „reporterskie” filmy. W innym miejscu przyznaje, że książki nie są dla niej specjalnie ważne i że niczego się z nich nie nauczyła, co, patrząc na zawód, który wykonuje, jest stwierdzeniem dość zaskakującym. Możemy również przeczytać, jak Krall niezadowolona z zadanego jej pytania upomina dziennikarkę. Ta bezpośredniość może razić, ale wygląda na to, że to właśnie dzięki tej cesze Krall udało się tak wiele osiągnąć.

 

W „Reporterce” od samego początku uwierała mnie trochę konstrukcja tekstu. Technika kopiuj-wklej nie do końca przypadła mi do gustu, zwłaszcza, że mam w nawyku czytać wszystkie przypisy, a te pojawiały się tutaj praktycznie po każdym zadanym pytaniu, wskazując źródło, z którego pochodzi dana kwestia. Z czasem doszłam do wniosku, że nie mam innego wyjścia, jak tylko przestać czytać adnotacje i potraktować ten kolaż jako jeden, spójny tekst. Dopiero wówczas mogłam w pełni skupić się na rozmowie i docenić głębię książki. Paradoksalnie większe moje zainteresowanie wzbudziły ciekawe dywagacje na temat pracy reportera oraz roli, jaką spełnia reportaż we współczesnym świecie , niż postać samej Hanny Krall. Zresztą jej prywatnej jest tu niewiele, nie ma miejsca na opisywanie skandali, czy dzielenie się ploteczkami. Ta książka jest trochę jak reportaż, tu liczą się fakty.

 

Warto jeszcze dodać, że na końcu książki znajduje się rozdział, w którym autor przytacza wypowiedzi na temat Hanny Krall m.in. Ryszarda Kapuścińskiego, Małgorzaty Szejnert, księdza Adama Bonieckiego, Tadeusza Sobolewskiego, Krystyny Jandy, Agaty Tuszyńskiej, Daniela Passenta, czy Krzysztofa Warlikowskiego. Całość uzupełniona została fotografiami bohaterki.

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2014-12-18 22:03
Może to ma jakiś sens
Zdążyć przed Panem Bogiem - Hanna Krall

Prawdę powiedziawszy, Marka Edelmana "poznałam" już wcześniej. Nie osobiście, rzecz jasna, ale za pośrednictwem książek. Jednak - co mnie zdziwiło, na zapytanie mojej Babci o tego człowieka (przeżyła II wojnę światową, często się z nią konsultuję w sprawie tamtych lat), powiedziała, że bardziej zna Religę. A to nie Zbyszek Religa jest za to odpowiedzialny? Ciekawa jestem, z czego to wynika. Nie mi osądzać edukację Babci. Wystarczy, że kochana i troskliwa z niej kobieta.

 

Nie ukrywam faktu, że przeczytałam to jako lekturę. I nie ukrywam też faktu, że lektury z okresu wojny i okupacji są mi najbliższe, najlepiej znane, najłatwiej rozumiane. Zapadają w pamięć. Na wiele dni. Idealnym przykładem są Kamienie na szaniec, które czytałam w drugiej (albo pierwszej, nie pamiętam dokładnie kiedy) klasie gimnazjum. I do tej pory wszystko pamiętam. Gdyby tylko w ten sam sposób pozostała Lalka...

 

Ale koniec marudzenia! Zdążyć przed Panem Bogiem jest wywiadem, który Hanna Krall w 1976 roku przeprowadziła z Edelmanem. Wybór był dość rozumnie uzasadniony - był ostatnim żyjącym przywódcą powstania warszawskiego. Ostatecznie, po zakończeniu lektury nie jestem pewna, czy to co czytałam dotyczyło samego powstania, życia w getcie czy może życia po wojnie. A może samego celu, jaki Edelman w pewnym momencie dostrzegł? Trudno stwierdzić, gdyż na tych niewielkich stronach rozmawia on z Krallową o wszystkim. 

 

Fascynujące - dla mnie - jest to, iż tekst pozostał w stanie surowym. Niezwykle mi to imponuje, takie rozmawianie z kimś, bez wątpienia kilkugodzinne. Bo w porównaniu do moich chaotycznych rozmów, to tu wszystko jest klarowne, jasne, po kolei. Jednak, to co mnie nieco bawi, zauważyłam, że Edelman ma tę samą przypadłość co ja. Są momenty, w których by wyjaśnić jedną drobną rzecz, zmusza do wysłuchania wyjaśnienia innej rzeczy, której wyjaśnienie jest wyjaśnieniem tej pierwszej. A więc sprowadza się to do tego, że zamiast przechodzić z punktu a do punktu b, z punktu a udajemy się do -3a przez -2a do -a, by usłyszeć a, a następnie b. (Tak nawiasem mówiąc, to jest mocno niematematyczne - pominęłam zero, ale pozwoliłam to sobie zrobić po dwóch godzinach ćwiczeń z naukami ścisłymi).

 

Przyznam się, że po pierwszych czterdziestu stronach musiałam przejść się po nowy kubek herbaty, ponownie usiąść na fotelu, rozpłakać się, by móc spokojnie przejść do dalszej lektury. To we mnie właśnie jest wkurzające. Pomimo tego, że uwielbiam literaturę tej tematyki, niezwykle cierpię, gdy ją czytam. Ale to nic. Może ze mnie masochista?

 

Wracając do tekstu... mam co do niego dość mieszane uczucia. Z jednej strony czuję niedosyt informacji związanych z życia w getcie. A z drugiej... chciałbym przeczytać wnikliwą książkę o jego rozwoju, od momentu praktykowania w getcie czegoś, czego obecnie nie można nazwać medycyną, do samej śmierci. Chcę. Albo jego szczegółową biografię. I nie wiem co lepsze. Bo to taki niedosyt, który pozostaje zawsze po czymś dobrym. Po czymś wartościowym. Po czymś, o czym powinno być głośno, a tak naprawdę większość dzieciaków kojarzy tylko wspomniane już dzisiaj Kamienie na szaniec i to z kin...

 

I teraz coś, co przeraża mnie w każdej książce tego typu. Ta okrutna bezosobowość. To mówienie o śmierci bez jakichkolwiek emocji. Ja wiem - oni żyli ze śmiercią jak z najlepszym sąsiadem. Ja wiem, śmierć była dla nich normalniejsza niż narodziny. Ja to wszystko wiem. Ba, ja to nawet rozumiem. Ale nie ważne ile książek o tym przeczytam, za każdym razem przeraża mnie to coraz mocniej. To, że ludzie byli zdolni to przetrwać. To, że byli ludzie, którzy do tego doprowadzili. To okrutne, to paskudne, to obrzydliwe, to pozbawione człowieczeństwa. W chwili obecnej, tego nie da się zaakceptować. Zwyczajnie nie da. Ale co ważniejsze - nie działa to na minus książki. Co to to nie. Powiedziałabym nawet, że w pewien sposób ją dowartościowuje, urzeczywistnia, chociaż dla nas jest to sytuacja z Marsa. Wtedy to była normalność. Codzienność.

 

Najgorsze w sumie w tym wszystkim było to, że była to lektura. Owszem - gdyby nie to, sięgnęłabym po nią pewnie dużo później. Ale na Boga, jeśli ta kobieta mogła mi zepsuć miłość do Różewicza, to tę książkę zniszczyła totalnie w moich oczach. Na moje nieszczęście miałam akurat zajęcia z praktykantką. Prywatnie - bardzo miła, uprzejma, delikatna, inteligentna, w szkole - osoba z wyraźnie zaznaczonymi granicami. Zbyt schematyczna. To nie działa na korzyść. I niestety psuje odbiór tekstu genialnego.

More posts
Your Dashboard view:
Need help?