logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: Hanna-Krall
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2014-12-18 22:03
Może to ma jakiś sens
Zdążyć przed Panem Bogiem - Hanna Krall

Prawdę powiedziawszy, Marka Edelmana "poznałam" już wcześniej. Nie osobiście, rzecz jasna, ale za pośrednictwem książek. Jednak - co mnie zdziwiło, na zapytanie mojej Babci o tego człowieka (przeżyła II wojnę światową, często się z nią konsultuję w sprawie tamtych lat), powiedziała, że bardziej zna Religę. A to nie Zbyszek Religa jest za to odpowiedzialny? Ciekawa jestem, z czego to wynika. Nie mi osądzać edukację Babci. Wystarczy, że kochana i troskliwa z niej kobieta.

 

Nie ukrywam faktu, że przeczytałam to jako lekturę. I nie ukrywam też faktu, że lektury z okresu wojny i okupacji są mi najbliższe, najlepiej znane, najłatwiej rozumiane. Zapadają w pamięć. Na wiele dni. Idealnym przykładem są Kamienie na szaniec, które czytałam w drugiej (albo pierwszej, nie pamiętam dokładnie kiedy) klasie gimnazjum. I do tej pory wszystko pamiętam. Gdyby tylko w ten sam sposób pozostała Lalka...

 

Ale koniec marudzenia! Zdążyć przed Panem Bogiem jest wywiadem, który Hanna Krall w 1976 roku przeprowadziła z Edelmanem. Wybór był dość rozumnie uzasadniony - był ostatnim żyjącym przywódcą powstania warszawskiego. Ostatecznie, po zakończeniu lektury nie jestem pewna, czy to co czytałam dotyczyło samego powstania, życia w getcie czy może życia po wojnie. A może samego celu, jaki Edelman w pewnym momencie dostrzegł? Trudno stwierdzić, gdyż na tych niewielkich stronach rozmawia on z Krallową o wszystkim. 

 

Fascynujące - dla mnie - jest to, iż tekst pozostał w stanie surowym. Niezwykle mi to imponuje, takie rozmawianie z kimś, bez wątpienia kilkugodzinne. Bo w porównaniu do moich chaotycznych rozmów, to tu wszystko jest klarowne, jasne, po kolei. Jednak, to co mnie nieco bawi, zauważyłam, że Edelman ma tę samą przypadłość co ja. Są momenty, w których by wyjaśnić jedną drobną rzecz, zmusza do wysłuchania wyjaśnienia innej rzeczy, której wyjaśnienie jest wyjaśnieniem tej pierwszej. A więc sprowadza się to do tego, że zamiast przechodzić z punktu a do punktu b, z punktu a udajemy się do -3a przez -2a do -a, by usłyszeć a, a następnie b. (Tak nawiasem mówiąc, to jest mocno niematematyczne - pominęłam zero, ale pozwoliłam to sobie zrobić po dwóch godzinach ćwiczeń z naukami ścisłymi).

 

Przyznam się, że po pierwszych czterdziestu stronach musiałam przejść się po nowy kubek herbaty, ponownie usiąść na fotelu, rozpłakać się, by móc spokojnie przejść do dalszej lektury. To we mnie właśnie jest wkurzające. Pomimo tego, że uwielbiam literaturę tej tematyki, niezwykle cierpię, gdy ją czytam. Ale to nic. Może ze mnie masochista?

 

Wracając do tekstu... mam co do niego dość mieszane uczucia. Z jednej strony czuję niedosyt informacji związanych z życia w getcie. A z drugiej... chciałbym przeczytać wnikliwą książkę o jego rozwoju, od momentu praktykowania w getcie czegoś, czego obecnie nie można nazwać medycyną, do samej śmierci. Chcę. Albo jego szczegółową biografię. I nie wiem co lepsze. Bo to taki niedosyt, który pozostaje zawsze po czymś dobrym. Po czymś wartościowym. Po czymś, o czym powinno być głośno, a tak naprawdę większość dzieciaków kojarzy tylko wspomniane już dzisiaj Kamienie na szaniec i to z kin...

 

I teraz coś, co przeraża mnie w każdej książce tego typu. Ta okrutna bezosobowość. To mówienie o śmierci bez jakichkolwiek emocji. Ja wiem - oni żyli ze śmiercią jak z najlepszym sąsiadem. Ja wiem, śmierć była dla nich normalniejsza niż narodziny. Ja to wszystko wiem. Ba, ja to nawet rozumiem. Ale nie ważne ile książek o tym przeczytam, za każdym razem przeraża mnie to coraz mocniej. To, że ludzie byli zdolni to przetrwać. To, że byli ludzie, którzy do tego doprowadzili. To okrutne, to paskudne, to obrzydliwe, to pozbawione człowieczeństwa. W chwili obecnej, tego nie da się zaakceptować. Zwyczajnie nie da. Ale co ważniejsze - nie działa to na minus książki. Co to to nie. Powiedziałabym nawet, że w pewien sposób ją dowartościowuje, urzeczywistnia, chociaż dla nas jest to sytuacja z Marsa. Wtedy to była normalność. Codzienność.

 

Najgorsze w sumie w tym wszystkim było to, że była to lektura. Owszem - gdyby nie to, sięgnęłabym po nią pewnie dużo później. Ale na Boga, jeśli ta kobieta mogła mi zepsuć miłość do Różewicza, to tę książkę zniszczyła totalnie w moich oczach. Na moje nieszczęście miałam akurat zajęcia z praktykantką. Prywatnie - bardzo miła, uprzejma, delikatna, inteligentna, w szkole - osoba z wyraźnie zaznaczonymi granicami. Zbyt schematyczna. To nie działa na korzyść. I niestety psuje odbiór tekstu genialnego.

More posts
Your Dashboard view:
Need help?