logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: anglia
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2017-01-23 21:34
Searching for Hope
Searching For Hope - Michael Joseph

Sam Carlisle, a private detective living and working in a fictitious town in East Anglia called Newgate, finds a homeless man dying in an alley beside a bar. The man's last words are "Help ... me ... find ...". The man had obviously been murdered but the police seem less than enthusiatic, so Sam, having no other work on hand at the moment, sets out to investigate the murder, and the meaning of the dying man's last words, on his own.

 

He soon finds himself in deep and dangerous waters.

 

It is not a bad read. I finished it quite happily. But despite the predictable tragedy in his past and the equally predicatable whisky addiction in his present, Sam is less than convincing. As is the East Anglian setting. I know East Anglia well, yet would never have realised the book was set there had the author not repeatedly informed me.

 

Let's be honest. Sam is a cardboard character and this East Anglia is a cardboard setting.

 

Why am I reviewing it, then? I almost never write even mildly negative reviews. (For the simple reason that if I'm not enjoying a book I don't waste any more of my precious reading time on it. I move on to one of the many other books I have sitting in piles around my flat or desperately trying to work their way up to the front page of my Kindle Reader.)

 

So what was it I liked about the book? The minor characters: many of them were original and there were some I could identify with. I always need that, and I couldn't identify with Sam at all.

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2016-02-02 10:27
Oto dziewiąty tom przygód Uhtreda z Bebbanburga. Wciąż nie ostatni.
Warriors of the Storm - Bernard Cornwell

Kiedy trafimy na dobrą powieść, która następnie okazuje się dopiero tomem pierwszym większej całości, jesteśmy raczej uradowani. Każdy zna to miłe uczucie - świadomość, że po zamknięciu ostatniej strony książki można już (albo będzie można za czas jakiś) sięgnąć po kolejny tom i poznać dalsze losy udanie wykreowanego bohatera.

 

Jednak każda historia, nieważne jak dobra, powinna mieć początek, rozwinięcie i zakończenie. Czasem jednak na to ostatnie nie można się doczekać, i wbrew pozorom kolejne tomy opowieści całość potrafią bardziej zepsuć, niż budować jeszcze lepszy klimat. Przychodzi taki moment, kiedy trzeba powiedzieć sobie: dość, już wystarczy. Dla dobra bohatera. I taką niestety sytuację mamy w przypadku Uhtreda z Bebbanburga, kolesia, o którym od dawna opowiadam w samych superlatywach, wychwalając jednocześnie talent Bernarda Cornwella. Jednak już od pewnego czasu ilekroć książka się kończy czekam na to coś, te sztuczne ognie - na ten koniec po prostu, jak sobie uświadomiłem. Już dość, kolejne tomy choć jakościowo podobne poprzednim niewiele wnoszą do samej historii. Znowu mamy kolejne zagrożenie, kolejnego samozwańczego króla wikingów, największe zagrożenie od czasów poprzedniego samozwańczego króla wikingów, znowu Uhtred - poganin wśród chrześcijan - staje na czele wojsk i znowu wygrywa.

 

Nawet nie chodzi o to, że wszystko w powieści jest przewidywalne, bo w tego typu heroicznych historiach jest oczywiste, że bohater zwycięży. Problemem jest co innego - serialowość. Nie ma co ukrywać, książki o Uhtredzie są jak kolejne odcinki serialu, gdzie w każdej kolejnej na jeden rozwiązany wątek (tu mamy rozwiązanie kwestii znanego od dawna Haestena) dochodzą minimum dwa kolejne, które będą się ciągnąć (spór o Northumbrię, kwestie dotyczące potomstwa bohatera). Raz autor już zrobił taką akcję - wymyślił świetną postać (Richard Sharpe) a potem dodawał kolejne tomy, wciąż i wciąż. Siłą Sharpe’a jest jednak konstrukcja historii w taki sposób, że praktycznie każda książka opowiada o czym innym. Tu jednak jest ciągłość opowieści, i proszę nie zrozumieć mnie źle - to jest dobra książka. Ale teraz, przy dziewiątym tomie, zachwycać będzie już tylko największych, najwierniejszych fanów. Dla mnie wygląda jakby dzieje Uhtreda były rozciągane na siłę. Słowo daję, jakby nagle powstała kolejna seria, dajmy na to opowiadająca o bracie Oswaldzie czy drugim synu bohatera, Uhtredzie młodszym, wcale bym się nie zdziwił. Trzeba kuć żelazo póki gorące, a sukces książek (oraz sukces serialu na ich podstawie) powoduje, że autorowi trzeba wybaczyć i można go zrozumieć. Ale skomentować szczerze także wolno, co też właśnie robię. :)

 

Pisałem kiedyś o tym, że Uhtred przypomina mi Derfla z opowieści arturiańskich tego samego twórcy. Dziś widać, że Derfel ma jedną przewagę nad naszym poganinem - jego historia zdołała się zamknąć w trzech doskonale napisanych tomach. Zachwyt nie minął przed zakończeniem lektury. W przypadku tego cyklu trudno już mówić o zachwycie, trudno też kłamać, że niecierpliwie czekam na kolejny tom. Bo oczywiście przeczytam, ale wcale mi się nie spieszy. I tego mi szkoda najbardziej, bo kiedyś było inaczej.

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-09-16 15:38
Darcy nie żyje, Bingley coś kombinuje, Lizzy daje nogę, a Jane wcale nie jest taka święta
Pan Darcy nie żyje - Magdalena Knedler
 
"To miała być kolejna wielka ekranizacja dzieła Jane Austen. Epicki romans, gwiazdorska obsada i produkcja z hollywoodzkim rozmachem. Pan Darcy nie zdążył jednak wywołać rumieńca na twarzy Elizabeth Bennet … Po sentymentalnej aurze „Dumy i uprzedzenia” pozostaje tylko piękna okolica i urokliwy dworek. Produkcja filmu zostaje wstrzymana. Jednak gra trwa nadal: śledztwo w sprawie ewentualnego zabójstwa i sekrety gwiazd inicjują zabawną komedię intryg. Bohaterowie spiskują, knują i robią wszystko, by kompromitujące fakty z ich życia nie ujrzały światła dziennego. Niespodziewane zwroty akcji, błyskotliwe dialogi i atmosfera hollywoodzkiego skandalu tworzą literacką mieszkankę wybuchową. „Pan Darcy nie żyje” to soczysta opowieść, nie tylko dla fanów Jane Austen."

Niezwykle trudno jest napisać stonowany tekst o czymś, czym się żyje na co dzień, co się kocha i czego zgłębianie daje niesamowitą frajdę. Od kilku dni głowię się, co zrobić, żeby stworzyć sensowną recenzję książki "Pan Darcy nie żyje", a jednocześnie nie wplątać się w tasiemcowe zachwyty nad brytyjską kulturą i historią. Ostatecznie postanowiłam przestać planować, układać i podchodzić do tematu racjonalnie, bo wyszłoby mi z tego powściągliwe i ostrożne "nie-wiadomo-co". 
 
Zdecydowałam, że położę dłonie na klawiaturze i... niech się samo pisze. Może uda mi się Was nie znudzić, bo a nuż mam w sobie pokłady niezgłębionej samodyscypliny, która nie pozwoli mi w co drugim zdaniu popiskiwać, jak to ja uwielbiam całą kulturową i popkulturową mieszankę pochodzącą z Wysp Brytyjskich - począwszy od koszulek z nadrukowanym Union Jackiem (tych, którzy właśnie wciągnęli powietrze w płuca i zaczęli planować druzgocące komentarze uprzedzam, że znam różnicę międzyUnion Jack a Union Flag, ale uważam, że - akurat w tym przypadku - forma popularniejsza jest bardziej sympatyczna), skończywszy na ambitnych sztukach teatralnych wystawianych na West Endzie.
 
Jeśli nie macie ochoty na niekończące się dyskusje dotyczące postaci z książek Jane Austen, wiktoriańskiego Londynu, angielskiego społeczeństwa klasowego, poetyki seriali produkowanych przez BBC, adaptacji sztuk Szekspira, brytyjskich aktorów (wszystkich razem i każdego z osobna), poezji Byrona, Tennysona i Poetów Jezior, malarstwa prerafaelitów, dzieł i życia Charlesa Dickensa, mieszkańców plebanii w Haworth, Agathy Christie oraz zabytków, historii, ulic, pubów, muzeów Wielkiej Brytanii, to pilnujcie się, żeby nie wspomnieć w mojej obecności o niczym, co mogłoby mnie naprowadzić na ścieżkę, z której tak łatwo nie zawrócę! ;) Żywię jednak nadzieję, że do przedmiotu recenzji podejdę z pełnym profesjonalizmem i nie skończę ostatecznie na pławieniu się w zachwytach nad, dajmy na to, Sherlockiem Holmesem.
 
Możecie sobie wyobrazić, jak wielką radością jest dla mnie wszystko, co wiąże się, choćby pośrednio, z moją "obsesyjką". Oglądanie, słuchanie i czytanie to jedno, ale wcale nie jest proste znalezienie kogoś, kto potrafiłby wymienić nazwy teatrów na West Endzie, znałby nazwiska mniej popularnych aktorów występujących z brytyjskich produkcjach, wiedziałby, kto właśnie ustępuje ze stanowiska reżysera artystycznego teatru Old Vic lub dałby radę podyskutować o jakości wszystkich adaptacji książek Austen, Brontë czy Gaskell. Biorąc do ręki debiutancką powieść Magdaleny Knedler nie wiedziałam jeszcze, że między okładkami kryje się coś absolutnie wyjątkowego - ta sama pasja, która lata temu objęła moją duszę w posiadanie.



W obliczu debiutu literackiego jestem zazwyczaj, chcąc nie chcąc, ostrożnie sceptyczna. Dziesiątki rozczarowań i setki przeczytanych "bylejakości" nie pozwalają mi już wierzyć w to, że pojawi się autor, którego pierwsza powieść będzie bezbłędna. Z góry zakładam, że natknę się na niezmiennie popełniane przez początkujących pisarzy potknięcia, a to pozwala mi ograniczyć frustrację do minimum. 
 
Każda reguła ma swoje wyjątki. W przypadku Magdy Knedler mogłam mieć pewność, że jej stylowi nie będzie można niczego zarzucić - znałam wcześniej jej recenzje, felietony, wiedziałam, że ma lekkie pióro i doskonały warsztat. Jednak co z fabułą, z konstrukcją postaci? Co z dialogami, które bywają piętą achillesową debiutantów (i nie tylko)? 
 
Rzut okiem na okładkę (postarajcie się nie wyobrażać sobie tego dosłownie!) oraz wczytanie się w zapowiedź treści rozwiały większość wątpliwości, podstępnie pełzających po nadziei na doskonałą lekturę. Kryminał, którego akcja toczy się na planie filmowym, bohaterowie, mający za zadanie wcielenie się w postaci wykreowane dwieście lat wcześniej przez Jane Austen oraz nawiązania do brytyjskiej kultury - wszystko wskazywało na to, że nawet jeśli w "Pan Darcy nie żyje" znajdą się jakieś potknięcia, to z radością przymknę na nie oko, bo zagłuszy je tematyka sprawiająca mi olbrzymią przyjemność. 
 
Oka przymykać nie musiałam. Co więcej, jedno i drugie ślepie miałam szeroko otwarte ze zdumienia. Nawet długo w noc, bo tę książkę można odłożyć na bok tylko wówczas, gdy ma się wyjątkowo silny charakter, a ja takowego - w obliczu dobrych powieści - nie posiadam. Od wieków nie czytałam tak udanego debiutu, sporo też wody Wisła do morza wtłoczyła od chwili, w której ostatnio tak głośno się śmiałam podczas czytania. Wszystkie moje obawy uciekły gdzie pieprz rośnie. Zatopiłam się w lekturze, zachwyciłam niewymuszonym i dojrzałym stylem autorki, naturalnym, ciętym i dowcipnym językiem, jakim przemawiają postaci, a przede wszystkim wciągającą, niebanalną i pełną intrygujących smaczków fabułą.
 
"Duma i uprzedzenie" stała się inspiracją do stworzenia czegoś świeżego. Powiem szczerze i prosto z mostu - zazdroszczę Magdzie Knedler tego, że napisała powieść o czymś, co kocha, co ją fascynuje. Ja nie miałabym tyle odwagi, bałabym się, że popadnę w przesadę, sentymentalne i szczeniackie zachwyty, że skupię się na dziesiątkach szczegółów, które - ważne dla mnie - dla czytelników będą niezrozumiałe i nieciekawe. Autorce "Pana Darcy'ego" udało się nie wpaść w żadną z tych pułapek, ominęła je z daleka, nawet się do nich nie zbliżając. Jej książka nie jest kopią, kontynuacją, nie czerpie z powieści Austen niczego poza tym, że staje się ona dla niej bodźcem do rozważań nad ciągłością kultury i nad niesamowitym wpływem wyobraźni Jane, dziewczyny żyjącej na przełomie XVIII i XIX wieku, na literaturę i kinematografię kolejnych wieków. 


Kto z nas nie pamięta Colina Firtha, który spoglądał na Jennifer Ehle z wielkopańską dumą, a jednocześnie głębokim cierpieniem i tęsknotą w oczach (zwróćcie uwagę, że bohatersko nie piszę nic o białej koszuli i jeziorze! ;) )? Czy ktokolwiek będzie jeszcze w stanie lepiej zagrać rolę Darcy'ego? Anglicy zdają się mieć ciągle nadzieję, że uda im się w końcu trafić na kogoś takiego i co jakiś czas na tapetę wraca temat kolejnej ekranizacji "Dumy i uprzedzenia". Dla Magdaleny Knedler stało się to punktem wyjścia dla doskonale wymyślonej opowieści o perypetiach oraz większych i mniejszych dramatach ludzi, którzy prowadzą nietypowy styl życia - aktorów, reżyserów, scenarzystów, itp. 
 
Na tle sielskich angielskich krajobrazów, w murach pięknego pałacu Bridebridge Hall, toczy się bezpardonowa walka. Bohaterowie zmagają się z przeciwnościami losu, z własnymi lękami i słabościami oraz z rywalami, od pokonania których zależy ich dalsze "być lub nie być" w branży filmowej. Poważna tematyka jest zrównoważona doskonałym, chwilami niemal brytyjskim, humorem sytuacyjnym i językowym, który wylewa się z książki na wszystkie strony. To nie koniec zalet. Wierzcie mi lub nie wierzcie, ale choćbyście nie wiem jak bardzo się starali, to za Chiny Ludowe nie zgadniecie przed czasem, kto jest mordercą niedoszłego odtwórcy roli pana Darcy'ego. Autorka będzie wodzić Was za nos i inteligentnie podsuwać fałszywe tropy, tak zmyślnie wplecione w akcję, że nawet do głowy Wam nie przyjdzie, jak bardzo sobie wrednota z Wami pogrywa! :)

"Pan Darcy nie żyje" to kryminał, który nie epatuje tak popularną ostatnio brutalnością, ale skupia się na bohaterach i zagadce. To także powieść obyczajowa z wyraziście zarysowanym tłem społecznym. Połączone ze sobą tworzą świeżą mieszankę wybuchową. I nie martwcie się, jeśli nie macie większego pojęcia o angielskim przemyśle filmowym - autorka Wam wszystko wytłumaczy, bez przesadyzmu i zarzucania Was szczegółami. Jedyne, o czym musicie pamiętać, to o tym, by starać się podczas lektury nie spożywać niczego, czym moglibyście się drastycznie zakrztusić. Ze śmiechu i ze zdziwienia.

 

P.S. Pamiętajcie, że książkę Magdy Knedler możecie czytać nawet wówczas, gdy nie wiecie, o czym jest "Duma i uprzedzenie" i nie widzieliście nigdy na oczy Colina Firtha (jest tutaj ktoś taki? już widzę ten las rąk, ha, ha!). Nawet wówczas, gdy w ogóle nie interesuje was brytyjskie kino i XIX-wieczna literatura. "Pan Darcy nie żyje" i tak Wam się spodoba!
 

 

Tytuł: Pan Darcy nie żyje
Autor: Magdalena Knedler
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Rok wydania: 2015
ISBN: 9788379762781
Ilość stron: 344
Oprawa: półtwarda

 

 

 
Patronat medialny:

 

 

 

Zielono w głowie - Pan Darcy nie żyje

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2014-11-26 17:15
Devices and Desires
Devices and Desires - P.D. James

No time at the moment for new reviews, but this is one I wrote a while back but never posted here on Booklikes. It may still interest any lover of good crime fiction who hasn't read this Dalgliesh novel - P. D. James at her very best.

 

*****

 

Searching my grandmother's bookshelves the other night for something to read, I picked out a hefty tome (600-odd pages) by P. D. James, an Adam Dalgliesh novel with a picture of a windmill on the front that rang no bells. Nor did the blurb on the back cover, except that I remembered East Anglia was a haunt of his.  It seemed I was in luck. I am a lover of murder mysteries, medieval, modern, I don't mind what period they are set in, just so long as they are well written, so I clutched it to my bosom and hopped onto the sofa. This would keep me busy for a couple of nights.

 

With P. D. James and Adam Dalgliesh, as with, for instance, Agatha Christie and Hercule Poirot, you know more or less exactly what you are going to get, and you know it will be faultlessly crafted and beautifully written.

 

The great difference between Agatha Christie and P. D. James, or so it seems to me, is that whereas Agatha Christie merely introduces us to the population of the village or ship or train or whatever (This is Dr Jenkins, he's new to the village, young wife, baby; this is Daisy Williams, she's Miss Myers' maid – Miss Myers? The elderly lady who lives in that big house – alone now, her sister died four months ago), P. D. James provides us with the sort of detail we have grown accustomed to and perhaps even come to crave from watching soap-operas. By the time we finish a P. D. James book such as this one, we know the characters (in this case those living on the Headland) better than we know our neighbours, better even than all but the very closest members of our family. Dalgleish can return to London, we don't need him. The drama is over, but we want the play to go on.

 

Dalgliesh's elderly aunt has died, leaving him a fortune. He could now give up police work and concentrate on his poetry if he so wished – if. She has also left him a small house and a large windmill on the Headland, a remote – well, headland, yes – on the north coast of Norfolk, not far from Cromer, once famous for its natural beauty but now famous for Larksoken Nuclear Power Station. Infamous, in the opinion of many, including several of the characters in the book.

 

It is not the power station that concerns us here, at least at the outset, it is the presence on the Headland of a serial killer known as the Whistler.

 

Not Dalgliesh's concern, of course. It is not his patch and he is not on duty. The task of identifying the Whistler before any more women are killed falls to Chief Inspector Terry Rickards, who is naturally wary of Dalgliesh (Dalgliesh upset him once in London years ago) but turns out to be a very intelligent and sympathetic man.

 

And Dalgliesh does get mixed up in the investigation, of course. He gets to know everyone and we see them through his eyes, but we get to know them better, because the point of view shifts and shifts and shifts again and we know what most of the characters are privately thinking and feeling most of the time.

 

Which is why, perhaps, we identify not just with the protagonist but with almost everyone in turn. And we don't, as I say, want to be "cast out" of their lives (perhaps I should say of them) at the end of the book.

 

Anything else? Yes, two things.

 

First, an unforgettable moment when one of the characters, Meg, experiences some sort of time-slip. It starts with what seems to be a straightforward "timeless moment" as described by so many mystics and poets, but then she becomes aware of "the sound of horses' hoofs and tramping feet, of rough male voices, of an incoherent babble as if the tide were sucking back the shingle on all the beaches of the world. And then there was a hiss and crackling of faggots, an explosion of fire, and then a second of dreadful silence broken by the high, long-drawn-out scream of a woman." When this happens, she is in the house known as Martyr's Cottage. On the wall outside the cottage is a plaque reading:

 

In a cottage on this site lived Agnes Poley, Protestant martyr, burned at Ipswich, 15th August, 1557, aged 32 years.

 

Unexpected, I don't know why, in a P. D. James novel.

 

The other is about poetry. Two of the characters are discussing Adam Dalgliesh. She is telling her brother that she has invited Adam to dinner.

'Am I expected to talk about his poetry?'

'I imagine he's come to Larksoken to get away from people who want to talk about his poetry. But it wouldn't hurt you to take a look at it. I've got the most recent volume. And it is poetry, not prose rearranged on the page.'

'With modern verse, can one tell the difference?'

'Oh yes,' she said. 'If it can be read as prose, then it is prose. It's an infallible test.'

 

Very true. They should certainly have this rule up on the wall in the English faculties at all universities. and in the Creative Writing Departments.

 

On the other hand, there is such a thing as poetic prose, prose poetry, and P. D. James very frequently writes it. There are scores of examples in this one book. I won't start quoting again, but take a second look at that description of the time-slip ...

 

Like Reblog Comment
show activity (+)
text 2013-07-27 22:31
Tu spoczywa Voldemort?

 

 

Z Wikipedii:

"Thomas Riddell's grave is believed to be the inspiration for one of the characters in J. K. Rowling´s Harry Potter fantasy series, as the character Lord Voldemort was born as Tom Riddle"

 

Edynburg. Miasto, w którym narodził się Harry Potter. Jest klimat.

More posts
Your Dashboard view:
Need help?