logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: geniusz
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
show activity (+)
quote 2018-06-06 17:23
Ernest (Hemingway) odpowiedział, że nie bardzo sobie wyobraża usuniecie jakiejkolwiek części rękopisu, bo książka została napisana tak gęstym jezykiem, że każdy akapit zależny jest od pozostałych. (dot. "Pożegnania z bronią") Jak zaznaczył, kastracja to drobny zabieg wykonywany na mężczyznach, zwierzętach i książkach, ale jej konsekwencje są ogromne.
Like Reblog Comment
quote 2018-01-19 16:01
Wyzwiska są dla słabych. Dla ludzi, którym brakuje inteligencji, by spierać się na poziomie.
Like Reblog Comment
review 2018-01-19 15:58
Geniusz zbrodni - Chris Carter Geniusz zbrodni - Chris Carter

Uwielbiam "Zabójcze umysły". Lubię seriale kryminalne. Zauroczyłam się w "American Crime Story". Z chęcią oglądam kryminalnie na kanale Stanowo. Dlatego też nie mogłam przejść obojętnie obok "Geniusza zbrodni".

 

Książkę tą otrzymałam na portalu granice.pl za przeczytanie 12 książek. I niestety, nie zabrałam się do niej od razu. Żałuję tego, gdyż książka była świetna. Ledwo potrafiłam się od niej oderwać, tak się wciągnęłam.

 

Akcja zaczyna się niepozornie, a raczej niefortunnie. Nieszczęśliwy wypadek sprawia, że na jaw wychodzą zbrodnie, o których nikt nie miał pojęcia. Zaczyna się robić ciekawie. Jeszcze ciekawiej jest, gdy do zbadania sprawy musi się włączyć Robert Hunter.

 

W książce główne skrzypce gra dwóch bohaterów. Jeden stoi po stronie prawa, drugi wybrał drogę zła. Każdy z nich ma charyzmę. Każdy z nich jest ciekawy. Każdy z nich sprawia, że książka jest świetna.

 

Od razu powiem, że to moja pierwsza książka. Już wiem, że jest ona tomem szóstym z cyklu "Robert Hunter". Mogę więc podejrzewać, iż niektórzy poznali już dość dobrze postać Roberta Huntera. Ja go dopiero poznawałam. Poznawałam w dość niezwykły sposób.

 

Podobała mi się niejako rozgrywka (o ile tak mogę nazwać ten spektakl) pomiędzy Robertem Hunterem a Lucienem. Od ich rozmów trudno było się oderwać. Czytałam je z zapartym tchem... i chciałam więcej.

 

Przyznam, iż Robert Hunter przypominał mi nieco dr Spencera Reeda z serialu "Zabójcze umysły". Był dla mnie takim genialnym dzieckiem. Niezwykle inteligentnym człowiekiem, który wiele rozumiał, wiele wiedział. Chyba też dzięki temu podobieństwu tak polubiłam Roberta.

 

Lucien zaś posiadał najlepsze cechy, jakie można by przypisać ciekawym postaciom. Lubił prowadzić grę. I to w książce było widać. Bowiem to, co toczyło się pomiędzy Robertem a Lucienem to była pewnego rodzaju gra. Niezwykle ciekawa, wciągająca i niebezpieczniejsza zabawa.

 

Podobał mi się klimat w książce. Czuć było w nim emocje: zdenerwowanie, niepokój, strach. Czuć było coś niespokojnego. Atmosfera z każdą minutą gęstniała.

 

Książka nie nudzi. Jest w niej dużo zwrotów akcji. Tak naprawdę nigdy nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać na następnej stronie. Detektywi (a ja wraz z nimi) byli wodzeni za nos. Czasem wpadali pułapki, które były na nich nastawione. Czasem byli narażeni na niebezpieczeństwo.

 

Zakończenie było nieco zaskakujące. Choć też nie powiem, że naprawdę nie można się było spodziewać, co się wydarzy na ostatnich stronach. Bo można je było przewidzieć. Jednak fakt faktem, książka była napisana w taki sposób, że nawet zakończenie było pewnego rodzaju niespodzianką.

 

Rozdziały są krótkie. Ja akurat jestem fanką krótkich rozdziałów. Nie przepadam, gdy książka ma rozdziały po 19 stron bez żadnych przerywników. Ale akurat ja jestem taką dziwaczką, która gdy zacznie czytać rozdział, podrozdział, to musi go doczytać do końca lub do jakiejś w nim przerwy. Nie lubię zostawić czegoś niedokończonego, więc akurat zawsze zwracam uwagę na krótkie/długie rozdziały i zawsze chwalę, gdy nie są one za długie. Za krótkie dla mnie nigdy nie będą, ale już miałam kilka książek, w którym rozdziały były zdecydowanie za długie.

 

Jednak równocześnie zauważyłam, iż rozdziały kończyły się w takich momentach, że ciężko było nie zacząć następnego. To chyba przez to tak szybko książkę pochłonęłam. Bowiem rozdział cały musiałam przeczytać, a kończył się tak, że musiałam zacząć (i równocześnie skończyć) rozdział następny. Przez to też miałam dwie nieprzespane noce, bo jak tu skończyć jak fabuła nie pozwala od siebie odejść. I w obu tych nieprzespanych nocach, niestety usnęłam z książką w dłoni...

 

W ogóle uważam, że książka jest świetna. Ma fajny klimat. Dobrze się ją czyta. I przypomina mi najlepsze seriale kryminalne. Seriale, które kocham. Dlatego też lekturę tą gorąco polecam. :)

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2013-08-06 06:39
Emerytura wciąż nie dla niego...
Mick. Szalone życie i geniusz Jaggera - Andersen Christopher
Prawdę mówiąc jakoś nigdy nie byłem wielkim fanem The Rolling Stones - ani to moje pokolenie, a potem gdy coraz częściej sięgałem po starszą muzę, również wybierałem inne kapele. Ale trudno udawać, że Stonesów się nie zna, albo że jest się zupełnie obojętnym na ich muzę. Mają tyle kawałków (podobnie jak The Beatles), które weszły do klasyki muzyki współczesnej, że trudno ich ignorować, a co najważniejsze mimo wieku wciąż grają. Nie jakieś the best of i odgrzewane kotlety, ale wciąż tworzą i robią duże trasy koncertowe. Cholera od 50 lat??? Tych czterech panów niedługo będzie miało łącznie blisko 300 lat! Jak oni to robią? Zadając sobie podobne pytanie i z ciekawości sięgałem po tę biografię - nie uważam Mick Jaggera za geniusza (zresztą mało którego artystę za takiego uważam), ale tego że miał szalone życie domyślałem się od dawna...
 
Nie sądziłem jednak, że aż tak :) Gdyby nie to, że tu dowiadujemy się  (a właśnie, że nie powiem - sięgnijcie sami) dzięki czemu Jagger wciąż zachowuje tak dobrą formę i wielką energię można by uwierzyć w te bajki powtarzane wśród tych co lubią sobie zaszaleć - że niby alkohol, narkotyki i seks konserwują ciało i umysł. Cała ta biografia to lektura przesiąknięta na wylot rock&rollem, używkami i życiem buntownika, który za nic ma (no dodajmy, że z pewnymi wyjątkami) normy i wartości konserwatywnego społeczeństwa. Gdy czyta się o pochodzeniu Micka można być tym trochę zaskoczonym, ale nie on pierwszy i nie ostatni wolał iść za tym co go pociąga i fascynuje niż dać się wepchnąć w pewne sztywne formułki i tradycje rodzinne. Mimo, że skończył prestiżowe studia ekonomiczne (wiedzieliście?), jego życie to jednak scena, sława i nie ukrywajmy wielkie pieniądze. Czy o czymś zapomniałem? Ach tak - najważniejsze: kobiety. 
Tych kobiet i życia prywatnego (czy raczej prywatno - publicznego, bo wciąż jest pod ostrzałem mediów) jest tu prawie tyle samo co fragmentów dotyczących tworzenia piosenek, płyt i obrazków zza kulis pracy zespołu. Ale przyznam, że i jedno i drugie czyta się ciekawie. Unikam raczej plotkarskich pisemek od lat i muzycy interesują mnie od strony ich twórczości, a nie ekscesów, a tu co ileś stron przecierałem oczy ze zdumienia: to z nią też? Plotki mówią o 4 tysiącach kobiet, które przeszły przez jego ramiona... Hmm. Dodajmy do tego jeszcze wcale nie jakieś skrywane przygody z mężczyznami (m.in. z D. Bowiem) i potem drapiemy się w głowę dlaczego ten facet wobec swoich dzieci zachowuje się jak stary dobry konserwatysta i próbuje im czegokolwiek zakazywać (inne normy dla siebie, inne dla dzieci?). Owszem, od życia dostał sporo kopniaków i pewnie niejednego żałował, ale np. oglądania się za młodymi dziewczynami nie ma dość do dziś (niektórzy mówią, że to już uzależnienie).
Biografia jest dość szczera i nie brak tu fragmentów, których sam Jagger pewnie wolałby nie ujawniać lub nie komentować. Ale to co było dla mnie najciekawsze to, że pojawia się tu nie tylko on sam, ale cały światek artystyczny, finansowy, ba nawet polityczny - od Claptona, Lennona, Bono aż po Justina Biebera, od Madonny, Angeliny Jolie, Carli Bruni aż po Clintona. Naprawdę sporo ciekawostek (niekoniecznie plotek)! Do tego oczywiście cała historia zespołu - od niełatwych początków, przez pierwsze sukcesy aż po ogromne trasy koncertowe. Możemy poznać sporo szczegółów od zaplecza, dużo jest o niełatwych relacjach miedzy dwoma filarami zespołu, czyli Mickiem i Keithem Richardsem, a "na okrasę" opisane są też wszystkie próby solowej twórczości Jaggera i jego produkcje filmowe (nie wiedziałem, że tyle tego było).
 
Świetna lektura. Jagger to żywioł, trochę ekscentryk, charyzmatyczny wokalista, genialny manager, fatalny mąż i głowa rodziny, oceny jego jako kochanka się nie podejmuję, ale umówmy się, że jest przytaczana niejednokrotnie, cholernie wymagający od siebie perfekcjonista (przeczytajcie jak się przygotowuje do tras koncertowych), wizjoner, dobry kumpel (w opiniach niektórych), albo cyniczny i zimny drań (w opinii innych). Niełatwo przedstawić taką postać. Bo w przypadku Jaggera, pewnie niełatwo powiedzieć gdzie jest prawdziwe życie, a gdzie pewnego rodzaju gra i rola, kiedy szczerze się bawi, a kiedy występuje, kiedy chce być z kimś bo coś czuje, a kiedy chce być z kimś bo chce coś zagłuszyć...
 
Przecież nie będę robił tego wiecznie!
                                                 Mick Jagger, listopad 1969
 

No proszę w tym roku będzie miał lat 70 i chyba nie ma dość... Ile jeszcze da radę? Bo na "nasze oko" to już dawno powinien wylądować wśród emerytów :)

Source: notatnikkulturalny.blogspot.com/2013/03/kto-chetny-na-ksiazke-mick-szalone.html
Like Reblog Comment
text 2013-04-18 19:52
Einsteina teoria bezwzględności
Einstein Jego życie, jego wszechświat t.12 - Walter Isaacson

Odkąd przeczytałem „Stevea Jobsa” Waltera Isaacsona wiedziałem, że muszę dopaść „Einsteina”. Ktoś, kto w tak ludzki sposób potrafił przedstawić geniusza spod znaku Apple z pewnością musiał w równie nieprzeciętnie opisać ikonę fizyki.  Jak bowiem objąć umysłowo  tak dwie różne rzeczywistości, tak dwie różne osobowości, tak dwa różne demony nieszablonowości? Okazało się, że można i to w  jakim stylu!

 

„Einstein” Isaacsona ciekawił mnie z dwóch powodów. Po pierwsze, zastanawiałem się, jak autorowi udało się przedstawić sylwetkę genialnego fizyka nie wodząc czytelnika po niezrozumiałych meandrach nauki. Z podobnym wyzwaniem, absolutnie fantastycznie zrealizowanym, spotkałem się tylko przy publikacji Billa Brysona „Krótka historia prawie wszystkiego”. Po drugie, w jaki sposób połączył dwie tak skrajne rzeczywistości, jak świat Jobsa i twórcy teorii względności

 

Po przeczytaniu „Einsteina” zrozumiałem, że dwa światy wielkich wizjonerów, wcale nie były tak odległe od siebie. Tak naprawdę, Isaacson nie musiał sobie z niczym szczególnie radzić. Pisał o tym samym. O esencji bycia ciekawym, bycia buntownikiem i nietzscheańskim nadczłowiekiem. Bycia filozofem, bo zarówno Einstein, jak i Jobs tak naprawdę to filozofowie – ludzie, którzy prowadzili społeczeństwo, by te mogło lepiej zrozumieć otaczającą rzeczywistość.

 

 

Dlaczego warto poznać Einsteina?

 

Einstein był buntownikiem. Nienawidził status quo. Był krnąbrnym wobec autorytetów i świętości. Niezależny mentalnie, duchowo i fizycznie. Od kogokolwiek i czegokolwiek. Dobitnie dał temu wyraz w 1905 r. rewolucjonizując naukę teorią względności. Po jej narodzinach i dojrzewaniu przyszedł jednak czas „marazmu”. I to właśnie za tę drugą połowę życia jest najbardziej krytykowany, ale i jak na ironię, jest z niej najbardziej znany.

 

Jednym słowem, nauka „ma mu za złe”, że zmarnował swój geniusz poświęcając się teorii wszystkiego, która de facto doprowadziła go do niczego.

 

Kiedy biegnąc przez kolejne strony książki śledzi się losy fizyka, można faktycznie odnieść takie wrażenie. Podczas, gdy wszyscy inni naukowcy zrozumieli i zaakceptowali tezy mechaniki kwantowej –  m.in. teorię nieoznaczoności, przypadkowość zjawisk – Einstein uparcie twierdził, że „Bóg nie gra w kości”. I uparcie drążył temat unifikacji. Wszystko, co robił wobec mechaniki kwantowej było wbrew jej odkryciom, więc teoretycznie można mieć mu za złe, że konsumował swój potencjał w średnio zadowalający sposób. Jednak dopiero po przeczytaniu całości książki i próbie zrozumienia umysłu Einstein,a w tej jego nieszczęsnej drugiej części życia można doszukać się sensu.

 

Te wszystkie lata spędzone nad ogólną teorią pola nie były oznaką starczej demencji, fiksacji czy bóg wie czego. Były dowodem tego, co Einstein zaoferował ludzkości w 1905 roku. Dowodem sprzeciwu wobec status quo, a tym statusem po 1905 roku zaczęła być mechanika kwantowa. Geniusz Einsteina polegał na tym, że to on podobnie, jak Jobs, miał licencję na zakrzywianie rzeczywistości. Nikt inny nie mógł tego robić. Stąd cała batalia przeciwko idei, że światem rządzi przypadek. Światem Einsteina nie mógł rządzić przypadek ponieważ to Einstein był przypadkiem dla Świata. Był antytezą teorii, którą stworzył w 1905 roku - bezwzględnością wobec rzeczywistości zastanej.

 

 

Kim więc był Einstein?

 

Człowiekiem, który „nie lubił być skrępowany i potrafił odnosić się chłodno do członków własnej rodziny. Uwielbiał jednak intelektualne towarzystwo i zawierał przyjaźnie na całe życie. Był miły dla ludzi w każdym wieku i z każdej warstwy, którzy znaleźli się w zasięgu jego wzroku. Żył dobrze ze swymi kolegami i współpracownikami. Był życzliwy w stosunku do ludzkości jako takiej. Dopóki nie obciążali go zbytnio swymi żądaniami albo emocjami, Einstein chętnie obdarzał ludzi swą przyjaźnią, a nawet uczuciem”. Jednym słowem chodzący ideał.

 

Einsteina stosunek do życia, ludzkości i świata jako takiego, najlepiej obrazuje zdanie, którym skwitował sprzeczkę z Philipem Frankiem. Dotyczyła ona niemożności przypisywania realności rzeczom, których nie sposób zobaczyć. Frank zarzucał Einsteinowi, że nie zgadza się z tą fundamentalną tezą mechaniki kwantowej chociaż sam kiedyś uważał podobnie. Twórca teorii względności po prostu odparł: „Być może, ale dobrych dowcipów nie należy zbyt często powtarzać”. 

More posts
Your Dashboard view:
Need help?