logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: rasizm
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-11-15 19:08
Poprawności politycznej prosto w twarz daje Harper Lee w "Idź, postaw wartownika"
Idź, postaw wartownika - Harper Lee

“Idź, postaw wartownika” to bardzo odważna książka. Dodatkowo wpływa mocno na “Zabić drozda”, nadając słynnej książce zupełnie nowe znaczenie, o tyle ciekawe, że momentami wręcz negatywne. Jak to jest możliwe, by “Zabić drozda” było lekturą negatywną? Jasne, że nie jest, jednak po “Wartowniku” naprawdę widać różnicę między światem, jaki chcielibyśmy, by istniał, a tym, który faktycznie istnieje, i znany bestseller autorki staje się czymś sztucznym, nieprawdziwym, bajką, przypowieścią ku pokrzepieniu serc, choć piękną, to nieprawdziwą.

 

Bohaterka, teraz dwudziestokilkuletnia, niewiele się zmieniła od czasów “Zabić drozda”, nie mentalnie. Powraca do Maycomb z Nowego Jorku, gdzie otoczona ludźmi zupełnie innymi od tych z Południa wyrasta w przekonaniu o swoich racjach. Co śmieszne, jest także przekonana o tym, że jej racje są racjami Atticusa - bodajże najlepszego ojca w historii literatury, postaci tak światłej, że niemal papierowej. Otóż w “Wartowniku” Atticus staje się bohaterem z krwi i kości, a dostrzegając jego wady, widząc jego człowieczeństwo, respekt czytelnika do schorowanego starca rośnie jeszcze bardziej.

 

“Idź, postaw wartownika” otwiera oczy. To nie jest historia dla dzieci o honorze, uczciwości i sprawiedliwości. Wcale się nie dziwię, że wydawca odrzucił tę powieść, i kazał autorce mocno ją przerobić. Mówię Wam, ta przerobiona wersja, która stała się właśnie znanym każdemu “Zabić drozda”, teraz, po lekturze “oryginału” wygląda jak… coś prawie sztucznego, pisanego pod publikę, która jest gotowa tylko na historie z happy endem, pokazujące świat z wyobrażeń, nie ten prawdziwy. Początkowo w ogóle myślałem, że książka nie została wydana z powodu chaosu, do setnej strony trudno się w tym wszystkim połapać. Autorka wędruje przez czas, przypomina historie Jean Louise z dzieciństwa, historie nadmiernie rozbudowane, nie mające praktycznie żadnego znaczenia dla fabuły. Jednocześnie ważne elementy książki są ledwie nakreślone, zdaje się, że jest tu niewiele sensu. Nie jest to lektura łatwa, wydaje się pozbawiona planu i budowana przez kiepskiego konstruktora, i nawet wydaje mi się, że bez znajomości “Zabić drozda” byłaby wcale nie tak mocna w odbiorze, że przerobiona wersja skrojona dla amerykańskiego czytelnika z przełumu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jest konieczna dla ułożenia sobie wszystkiego przy lekturze “Wartownika”.

 

Jest nieco niewiarygodne, że Harper Lee w połowie XX wieku chciała wydać książkę opowiadającą o NAACP (Krajowe Stowarzyszenie Postępu Ludzi Kolorowych) jak o zjawisku również negatywnym, a o likwidacji segregacji rasowej jak o czymś wcale nie tak dobrym, jak mogłoby się wydawać. Oczywiście powieści daleko do prezentowania poglądów rasistowskich, tak samo Atticusa nikt, kto ma choć odrobinę oleju w głowie, rasistą nie nazwie. A jednak - wydźwięk “Wartownika” jest mocny, i bardzo, ale to bardzo odważny. Autorka gromi, niszczy, masakruje wręcz poprawność polityczną nakazującą nam uśmiechanie się i tolerowanie zła tylko dlatego, że przyjmuje formy odmienności, mniejszości, że udaje coś niewinnego. Pragniemy uniknąć oskarżeń o różnego rodzaju fobie, zatem milczymy, kiwamy głową na znak zgody. Przypomnienie Tomasza Jeffersona i jego poglądu, że do demokracji nie powinni zostać dopuszczeni wszyscy obywatele, a jedynie ci, którzy faktycznie są ludźmi odpowiedzialnymi nabiera sensu, choć dziś jest już tylko utopią. Widać to oglądając lata pięćdziesiąte XX wieku na głębokim Południu, podobnie jak patrząc w telewizor dziś, w świecie, w którym emigranci, uchodźcy i inni poszkodowani przez los w poszukiwaniu lepszego życia stają się przede wszystkim narzędziem przepychających się narodów i frakcji oraz tłumem głosów, o które należy zadbać odpowiednio, a potem zrywać owoce.

 

“Idź, postaw wartownika” to nie jest grzeczna książka, której prawdopodobnie wielu się spodziewało po przepięknym, mądrym “Zabić drozda”. To książka o wiele bardziej rzeczywista, uderza bardzo mocno, prosto między oczy, kolejny raz przypominając najczęściej zapominaną prawdę o świecie: nic nie jest tak proste, jak może się wydawać. Nawet kwestia rasizmu, ksenofobii, równości ludzi - wbrew pozorom są także skomplikowanymi sprawami, i tak samo zaszkodzić może nietolerancja, jak ślepa tolerancja. Problem w tym, że na obu końcach tego kija są tacy sami, zupełnie pozbawieni wyobraźni i zdolności logicznego rozumowania ludzie, a złoty środek jest bardzo trudny do osiągnięcia. Ta książka jest chaotyczna i pod względem prezentowanej historii po prostu słaba. Ale mówi o rzeczach bardzo istotnych i nie mogła się ukazać w lepszym momencie, mamy idealne czasy dla niej, pytaniem pozostaje ile czytelnik zdoła zrozumieć, i czy nie jest już za późno?

 

Go set a Watchman

Wydawnictwo Filia 2015

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-10-07 12:32
Obóz białych
Obóz świętych - Jean Raspail

Zwykle staram się unikać politycznych agitek, ale tym razem wpadłem w sidła własnych zainteresowań tematyką indyjską. Okazuje się jednak, że w książce Indusi są jedynie tłem a z Indiami związek jest wyłącznie symboliczny. Nędza indyjska i przeludnienie to pretekst do fabuły, ale jakiś związek jednak jest.

 

Cieplejsze uczucia Jean Raspaila wzbudza w książce tylko jeden rząd - Republiki Południowej Afryki. A to dzięki apartheidowi. Na zdjęciu muzealna "inscenizacja" wyrzucenia Gandhiego z wagonu pierwszej klasy w Natalu (Bombaj, 2011 r.)


Założenie książki jest proste. Oto przybywają do wybrzeży Europy imigranci w trudnej do ogarnięcia masie. Przybywają, aby bezrozumnie niszczyć. I są w zasadzie przez autora pozbawieni ludzkich uczuć i odruchów. Każdy opis podkreśla ich odrażający charakter. Indusi stanowią "Nieprzebrany tłum, otchłań nędzy, przywidzenie czegoś okropnego, ekspozycja organów płciowych, mrowienie się nędzy.". A Europa nie może się obronić, ponieważ zapomniała o swych podstawach. Według autora fundamentem jest rasizm, kolonializm, arystokratyczne przywództwo i wiernopoddaństwo reszty społeczeństwa. Wszystko to zostało zepsute w wyniku rozległego spisku. W odróżnieniu od niektórych naszych polityków, Raspail nie pisze o "grupach trzymających władzę" czy "określonych grupach służących określonym interesom". Pisze o stojącej za tym bestii, i że "cała nasza opowieść ma jakieś drugie dno, ktoś w tajemnicy pociąga za sznurki i tylko przy okazji chcemy zaznaczyć powiązania między wydarzeniami.". A więc to, co autor opisuje jest wynikiem spisku, który ma na celu kres panowania białej rasy, bo "W ten sposób fabrykuje się dzisiaj ludzi. Gdyż straszny dzieciak bez serca, który ma akurat wszystko, by dojść do czegoś w życiu, zmuszony jest także do poddania się tej seryjnej produkcji, bo dzieci nie lubią się wyróżniać. Trzeba więc, żeby dziecko szło jak na sznurku i pociło się z hipokryzją nad tym samym pseudohumanitarnym tematem".

 

"Obóz świętych" to zwykły paszkwil na humanitaryzm, który według autora przeżarł sumienia białego człowieka, definiując tym samym kres jego panowania i jego świata.

Like Reblog Comment
show activity (+)
text 2015-07-03 09:44
Nic się nie zmieniło od '35
Zabić drozda - Harper Lee,Zofia Kierszys

Dawno już nie czytałam niczego o dorastaniu, a już na pewno dawno nie czytałam czegoś tak dobrze napisanego. Powieść Lee ma znajomy powiew utraconego dzieciństwa, rozbudza niewyraźne wspomnienie czasu okrutnych, choć jednocześnie dziwnie niezłośliwych zabaw, niewinnego spojrzenia na świat, czarno-białej moralności osoby, której umysł nie przesiąkł jeszcze przykrymi realiami świata dorosłych. I choć jest to powieść przede wszystkim o rasizmie, o powoli zmieniającej się mentalności, o tym, jak postępować zgodnie ze swoim sumieniem i być zwyczajnie porządnym człowiekiem, dla mnie pozostanie przede wszystkim historią o dorastaniu. Skaut i Jem powoli nie tylko uczą się, co to znaczy stawać się dorosłym, ale też zaczynają poszukiwać swojego miejsca w społeczeństwie – zwłaszcza wyraźny jest podział na płcie, bo im starsze stają się dzieci, tym mniej chłopiec Jem chce bawić się z siostrą i tym mocniej wypomina jej, że „zachowuje się jak dziewczyna”. W tym samym czasie Skaut zarzeka się, że nie chce być damą, nie chce nosić sukienek ani uczestniczyć w nudnych spotkaniach kółka misyjnego, bo wszystkie najlepsze zabawy to te na świeżym powietrzu, gdy można się ubrudzić. Skaut ma wciąż świeży umysł, a my obserwujemy, jak stawia opór posegregowanemu i uporządkowanemu światu dorosłych, nie pozwalając przypisać się do żadnej roli, pragnąć pozostać sobą. Książka przypomina, że wraz z dorastaniem, tracimy część siebie, dostosowując się do oczekiwań dorosłych.

 

Olbrzymim plusem tej książki jest też jej przystępność, bo mimo wszystko jest na wskroś amerykańska, a mimo to zrozumiała dla kogoś spoza tego kręgu kulturowego. Może to zabrzmieć dziwnie w epoce olbrzymiej popularności Hollywoodzkich produkcji, ale prawda jest taka, że są one jednak w stosunku do prawdziwej amerykańskiej kultury uproszczone i spłaszczone na rzecz globalnego rynku. Produkcjom takim jak Flags of Our FathersGood Night and Good Luck czy  Confessions of a Dangerous Mindchyba lepiej oddają ten klimat. Zabić drozda pokazuje sytuację w małym amerykańskim miasteczku w latach ’30 XX wieku, skupiając się przede wszystkim na problemie rasizmu, ale też systemu szkolnego czy ubożenia społeczeństwa, a robi to wyjątkowo czytelnie, interesująco, starając się (głównie słowami ojca głównej bohaterki) nie potępiać ani patologii ani  uprzedzeń, a raczej szukać zrozumienia i porozumienia, w nadziei, że małymi kroczkami uda się uczynić świat lepszym. Czarnoskóry bohater powieści oskarżony  jest o przestępstwo, którego nie popełnił, ale rasowe uprzedzenia utrudniają udowodnienie jego niewinności. Choć niesprawiedliwość jest oczywista, a temat w obliczu różnych aktualnych wydarzeń w Stanach wciąż aktualny, Lee potrafiła wyjść poza prostą, agresywną krytykę i ukazuje sytuację z wyjątkową delikatnością, inteligentnie tłumacząc zarówno jak ważna jest równość, jak i by prawidłowo ją rozumieć i egzekwować.

 

Jest też książką boleśnie aktualną: rasizm i nietolerancja wciąż są problemem - dwa tygodnie temu w USA biały mężczyzna wszedł do Kościoła Afroamerykanów i zastrzelił 9 czarnoskórych osób. W Ameryce regularnie wybuchają dyskusje o tym, że np. ktoś został zastrzelony przez policję tylko dlatego, że był czarny, więc policja z góry założyła, że miał broń, bo miał rękę w kieszeni itp. W zeszłym roku kwestia brutalności policji względem czarnych była przedmiotem głośnej dyskusji i protestów. W tym tygodniu w Polsce 14-latek popełnił samobójstwo, bo wyzywali go od "pedałów" i są ludzie, którzy nie mają problemu komentować "dobrze, że zdechł". Te sytuacje niewiele różnią się od opisanych w książce, zupełnie jakby od 1935 nic się nie zmieniło.

 

Zawarte w książce moralne pouczenie wyszło jednak naturalnie i prawdziwie, może dlatego, że przekazywane jest ustami dziecka. Zabić drozda jest książką szalenie dobrą, świetnie napisaną, ale przede wszystkim czystą i jasną w przekazie, mimo natłoku tak wielu poważnych wątków.

 

Bardzo długo i szczegółowo można by pisać o poszczególnych poruszanych zagadnieniach, zamiast tego powiem tylko, że koniecznie trzeba tę książkę przeczytać.

Source: agnieszkazak.com/2015/06/29/majowo-czerwcowe-lektury
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-03-28 08:16
Komunizm i segregacja rasowa, czyli trylogii Stulecie ciąg dalszy: "Krawędź wieczności" Kena Folletta
Krawędź wieczności - Ken Follett

Akcja ostatniego epizodu trylogii Stulecie rozpoczyna się w Berlinie, w przeddzień wybudowania muru dzielącego część wschodnią od zachodniej. Bohaterami autor uczynił potomstwo postaci znanych z “Zimy świata”, jednak tradycyjnie już dla tego cyklu główne postaci ustępują pola czasom, w którym przyszło im żyć. Nie ma wątpliwości, że prawdziwym bohaterem cyklu jest wiek XX, z którego dziś znacznie łatwiej pamiętać to, co było dobre. Dzięki Kenowi Folletowi każdy z nas będzie miał okazję przypomnieć sobie, że tak naprawdę było to wiek przerażający.

 

Obserwujemy ludzi żyjących w Berlinie, który pewnego dnia zostaje podzielony. Dzięki umiejętności suchego przedstawiania faktów, takiego beznamiętnego opowiadania o tym, jak było, bez licznych ozdobników literackich, bez porywającej narracji i wspaniałych kreacji bohaterów Ken Follett miażdży obecne, popularne pojmowanie najnowszej historii Europy i USA. To nie jest radosna książka o walce o pokój i lepszy świat - to brutalna opowieść o tym, jak ta walka wyglądała. “Kraniec wieczności” wypełniony jest tym, co dziś lubi się pomijać w historycznych wspomnieniach; zatem mamy tu nie tylko złych komunistów, okrutne Stasi, zdradzieckiego Jaruzelskiego i Gorbaczowa, który przechytrzył wszystkich, łącznie z najbliższymi współpracownikami. Mamy tu także piękny, amerykański sen, oparty na segregacji rasowej, morderstwach braci Kennedych, zabójstwie Martina Luthera Kinga i aktach terrorystycznych na południu, w których umierały ciemnoskóre dzieci.

 

Follett używa różnych sposobów na zaprezentowanie nam zmian, jakie zaszły w świecie po zakończeniu drugiej wojny światowej. Oczywiście większość postaci to osoby związane z polityką lub dzienikarstwem, które stoją w cieniu postaci historycznych. Autor z tym swoim stoickim spokojem przypomina nam, że amerykanie wiedzieli, kim jest Nixon, nim go wybrali; że Lyndon Johnson po zabójstwie Kennedy’ego zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał - i zawalczył o prawa dla czarnych mieszkańców USA; że Ronald Reagan jest odpowiedzialny za masakrę cywili na Bliskim Wschodzie i w krajach Ameryki Łacińskiej, że George Bush dopóki nie przyjechał do Europy nie zamierzał kiwnąć palcem by pomóc krajom zrzucającym jarzmo komunizmu. Dla nas, czytelników z Polski, uderzające będzie zestawienie tych dwóch światów. Wydawało by się, że to właśnie o okrucieństwie tępych służalczych rządów Europy Wschodniej będzie tu mówione, i jest, lecz jednak Follett z ogromnym wdziękiem spokojnego, beznamiętnego archiwisty faktów znacznie częściej przeraża nas tym, co faktycznie działo się w Kraju Ludzi Wolnych (Jeśli Tylko Mają Odpowiedni Kolor Skóry).

 

To bardzo dobra książka, zupełnie jak dwie poprzednie. Jest nieco lepsza jedynie dlatego, że znamy już część bohaterów i kibicujemy im z perspektywy osób, które jako tako znają historię, zatem wiedzą, czego można się spodziewać. Jednak o ile ten suchy, stanowczy styl autora względem tego, co wydarzyło się w wieku XX jest rewelacyjny dla przedstawienia obiektywnych faktów, tak znowu cierpią przez niego bohaterowie. Także i trzeci tom cyklu Stulecie nie oferuje postaci, które można polubić, z którymi można się identyfikować. Autorowi udało się nawet rockmana, postać typową dla czasów hipisowskich przedstawić tak, że trudno mówić o jakichś większych emocjach.

 

Jest jednak ta książka, jak i cała trylogia zdecydowanie godna polecenia. Żyjemy bowiem w czasach, gdy polityka i dziennikarstwo - dwa elementy rządzące naszym życiem w wieku XXI - uwielbiają zawłaszczać historię i pisać ją od nowa. I bardzo dobrze, że trafił się taki gość, jak Ken Follett, który pomachał karcąco palcem, jakby mówił: “nie, panowie, tak nie było, bzdury opowiadacie”. I przypomniał nam, jak było faktycznie, jakie były przyczyny tego okrucieństwa w wieku XX i co sprawiło, że - przynajmniej na razie - nie doszło do trzeciej wojny światowej.

 

Edge of Eternity

Albatros 2014

Like Reblog Comment
show activity (+)
text 2013-05-24 09:55
"Cygany", "słoiki", "grubasy" - moje frustracje związane z mową nienawiści dookoła

Już kilka dni nosiłam się z napisaniem czegoś, choć nie lubię pisać, muszę to zrobić, żeby nie strawiła mnie frustracja i złość. Oba odczucia ostatnio były tak silne, że nawet zaczęłam się zastanawiać nad wyprowadzką z Polski. Wiem, wiem, na całym świecie są rasiści i osoby nietolerancyjne, ale w naszym kraju temperatura nienawiści jest o wiele wyższa niż w innych cywilizowanych miejscach tego świata. Skąd wiem? Bo wiem, bo byłam w paru miejscach na świecie, bo czytam, bo z racji pracy mam kontakt z ludźmi z całego świata i wiem, gdzie są najagresywniejsze i najmniej uprzejme osobniki.

 

W ostatnich tylko kilku dniach widziałam w internecie przejawy bezinteresownej nienawiści skierowanej do: “grubasów”, “Cyganów”, “pedałów”, “wieśniaków”, “słoików”, no i jeszcze, taka nowość, do Angeliny Jolie. Na przykład wczoraj kilka serwisów napisało o tym, że modowa blogerka z USA, która charakteryzuje się dość dużymi rozmiarami zrobiła akcję, w której naśladując reklamy A&F chciała pokazać, że jako pulchna osoba jest sexy, była to reakcja na słowa prezesa tejże firmy, który powiedział, że otyłe osoby nie wyglądają dobrze w ich ciuchach. Mniejsza z tym. Albo kogoś to interesuje albo nie, albo uważa akcję za potrzebną, albo nie. Ale co ludzie pisali do dziewczyny, która na szczęście i tak ich nigdy nie przeczyta: “Niech żre mniej ciastek”, “Niech chodzi na fitness”... Dla mnie to jest żenujące, że ludzie piszą takie rzeczy na facebooku pod swoim imieniem i nazwiskiem i się tego nie wstydzą. Za każdym razem jestem zdziwiona, kiedy widzę takie akcje.

Jak ktoś chce i ma ochotę, to niech sam mniej “żre ciastek, “chodzi na fitness” itd., życzę powodzenia, ale średnio mnie to interesuje. Nikt jakby nie dostrzega, że to naprawdę jest czyjaś prywatna sprawa, ale przede wszystkim, że ZAWSZE naśmiewanie się i szydzenie z czyichś cech fizycznych to najniższy możliwy poziom poczucia humoru, że jest to żenujące i ośmiesza autora “żartu”. Czy takich rzeczy nie uczą rodzice w domu albo chociaż Pani w pierwszej klasie podstawówki? Patrząc na masowość zjawiska, wychodzi na to, że niestety nie... Tak samo nie rozumiem warszawskiej nagonki na “słoiki”, klimat tłumaczenia całego zła i chamstwa występującego w mieście “wieśniakami” przyjeżdżającymi z zewnątrz jest dla mnie słaby.

 

Teraz Figo fagot. Katalizatorem wszystkich ostatnio nieprzyjemnych dyskusji dotyczących Romów była afera w Poznaniu związana z występem Figo Fagot na poznańskich Juwenaliach i treściami ich piosenek, które zdaniem jednych są obraźliwe i upokarzające dla Romów, zdaniem innych są po prostu fajnym żartem. Kiedy moja przyjaciółka pierwszy raz podesłała mi piosenkę Figo Fagot “Bożenka”, powiem szczerze, że odebrałam ją jako słabą, ale satyryczną. Było tak dopóki nie spojrzałam na komentarze fanów zespołu na youtube i dopóki nie zobaczyłam nagrania z poznańskiego koncertu w Minodze, na którym ludzie skandowali “jebać Cyganów”.

 

Można powiedzieć, że to nie wina zespołu, że odbiorca nie domaga i nie potrafi rozszyfrować ironii. Wtedy jednak obowiązkiem twórcy jest na chwilę uchylić maski i przyjść z pomocą temu niedomagającemu słuchaczowi. Figo Fagot tego NIGDY nie zrobiło, wręcz przeciwnie. Nie usuwają komentarzy na facebooku i youtubie, ktorych nie będę cytować, bo to totalny ściek, powiem tylko, że pojawiają się tam idee z lat trzydziestych XX wieku, więc niektórzy mądrzy piszą o robieniu mydła, obozach, wypierdalaniu kogoś z naszego kraju itd. W wywiadach robią z siebie idiotów, nie reagują też na koncertach na rasistowskie okrzyki. Dlaczego? Bo może zdali sobie sprawę, że ich słuchacze to rasiści, że zarabiają na tym, że to się ludziom podoba? Jeżeli tak jest, to popełniają przestępstwo, bo propagowanie rasizmu jest w naszym kraju zabronione i karalne.

 

A teraz odpowiedź na wszystkie pytania dotyczące Romów w stylu “czy oni sobie czasem na to nie zasłużyli?”, “zachowują się jak się zachowują, to mają” itd.

 

 

Tych pytań ostatnio padało tyle, że rozkładałam ręce i nie wiedziałam, co powiedzieć, bo napradwę nie chcę mi się prowadzić wykładu na facebooku. Nawet tutaj tego nie zrobię. Odpowiem najkrócej jak się da - Zasada jest taka, że nie wolno ludziom przypisywać cech charakteru, zachowania za względu na cechy biologiczne, pochodzneie itd. tych osób, bo to nazywa się RASIZMEM. Choćbyś spotkał w życiu pięciu Romów i wszystkich pięciu byłoby złodziejami, to nie wolno mówić, że “Cygan to złodziej”, bo to jest rasizm, bo nie jest tak, że 100% populacji jest złodziejami i ZAWSZE uogólniając kogoś obrazisz. Jeżeli jakiś Niemiec Ci powie, że nie przyjmie Cię do pracy, bo się boi, że będziesz kradł, bo już mu Polacy dwa razy samochód ukradli, to możesz mu odpowiedzieć, że jest rasistą albo ksenofobem. Co więcej, możesz zarzucić mu, że złamał prawo. Co do Romów i tak najczęściej występującym zarzutem wobec nich w Poznaniu jest to, że “łażą po centrach handlowych” albo że “są hałaśliwi”. Opowiadała o tym jedna nauczycielka na prowadzonym przeze mnie szkoleniu, że nie wie, jak sobie poradzić z córką, która jest uprzedzona do Romów, a jedyne co potrafi im zarzucić to to, że “łażą”.

 

Te rzeczy są dla mnie tak oczywiste, że za każdym razem, kiedy muszę je tłumaczyć jestem baaardzo zdiwiona. Czy to nasz system edukacji niedomaga? Każdy po szkole średniej powinien wiedzieć, co to są schematy myślowe i jaki jest mechanizm powstawania stereotypów i uprzedzeń. No i jak bardzo są one niebezpieczne.

Nie do końca jednak jestem pewna, czy to jest źródło problemu. Nie jestem pewna, czy trzeba zdobyć jakąś dawkę teorii, żeby nie być rasistą czy ksenofobem. Patrzę na przyklad na moją mamę, która jest osobą tak otwartą, że czasem mnie zawstydza. Robiłam kiedyś przez ponad rok badania w środowisku romskim właśnie, odwiedzając różne rodziny po domach, wzięłam kiedyś moją mamę na jedną wizytę i patrząc na nią i jej kontakt z ludźmi, uświadomilam sobie, że sama zachowuję się jak sztywna panienka z uniwersytetu i utrzymuję masakryczny dystans do ludzi. Drugim przykładem jest mój mąż, który też nigdy nie brał, w przeciwieństwie do mnie udziału w wielokulturowych projektach, szkoleniach Amnesty Internationa itd., a jednak nie ma żadnych problemów w kontaktach z ludźmi z innych kultur, w tym Romami. Specjalnie dodaję tych Romów, bo jak mówię o innych kulturach, to każdemu się wydaje, że jest otwarty, tylko że zazwyczaj jest otwarty na amerykańską klasę średnią, Niemców, ewentualnie Irlandczyków, bo to są te kręgi kulturowe, które doceniamy i stawiamy na jakimś piedestale. Otwartość kulturowa to też otwartość na tych Romów w centrum handlowym, “Ruskich” na bazarze i Turków sprzedających kebab.

 

Mam swoją teorię, dlaczego ludzie w Polsce są moim zdaniem jakoś szczególnie mało tolerancyjni. Nie jest to do końca tylko moja teza, ale ją popieram. Jako naród mamy ogromne kompleksy, mamy głęboko ukryte frustracje wynikające z naszej historii i różnych niesprawiedliwości i upokorzeń, których zbiorowo doświadczyliśmy. Jesteśmy straumatyzowaną grupą, która wymaga grupowej psychoterapii. Polecam jednak wszystkim, żeby nie czekać na grupową terapię , tylko samemu radzić sobie ze swoimi problemami. Jest zjawiskiem całkowicie naturalnym, że boimy się inności. Czułam nieuzasadniony lęk, kiedy pierwszy raz w życiu uczestniczyłam w synagodze ortodoksyjnych żydów w nabożeństwie, było to tak egzotyczne, dziwne i inne dla mnie, że poczułam strach. Bałam się, kiedy miałam pierwszy raz wejść do romskiego domu, do obcych ludzi, bo nie wiedziałam, jak się zachwują, jacy będą wobec mnie, nie wiedziałam, jak sama powinnam się zachować itd. To są naturalne lęki wobec inności i obcości, trzeba sobie zdawać z nich sprawę i trzeba sobie z nimi umieć radzić. Najważniejsze to umieć je zdefiniować. Jeżeli ktoś sobie nie radzi z tym, to nie jest to powód do dumy, ale wstydu. Można prosić ludzi o pomoc, przegadać to ze swoimi znajomymi, ale trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że to jest nasz problem.

 

Generalnie jestem zmęczona już tłumaczeniem tych banalnych spraw wszystkim dookoła. To są rzeczy, które każdy średnio wykształcony lub obyty człowiek powinien wiedzieć. Wiem, że najgorsze to nie rozmawiać, nie tłumaczyć itd., ale wiem też, że jeżeli ktoś ma niskie poczucie własnej wartości, to gadanie i tłumaczenie i tak nie pomoże, bo taka osoba, żeby się dowartościować zawsze będzie musiała widzieć grupy, które uważa za gorsze od siebie, np. ludzi ze wsi, Romów albo Ukraińców. Takim osobom mówię: “dajcie mi spokój”, ja nie potrafię Wam pomóc.

 

Mam jeszcze nadzieję, że jeżeli nie wrażliwość społeczna i empatia, to pragnienie przynależenia do elity zmienią język ludzi. Jeszcze 20 lat temu ludzie nie wstydzili się antysemiyzmu, jeszcze 10 lat temu można było w telewizji usłszeć słowa typu "pedał", dziś już większość ludzi wie, że taki sposób wyrażania definiuje jako osobę z nizin społecznych. Mam nadzieję, że za kilka lat równie wstydliwe wśród elit społecznych będzie antycyganizm. Że ludzie, tak jak moja babcia, która jeszzce 20 lat temu nie kryla antysemickich poglądów, a dzisiaj by powiedziała, że nigdy w życiu tak nie mówiła, będą wiedzieli, że taki język i takie poglądy eliminują z bycia w elicie społecznej i przynoszą wstyd.

 

Zakończę cytatem z książki Zamiast Procesu. Raport o mowie nienawiści, żeby nieco uzasadnić, dlaczego te tematy tak mnie emocjonują. “Wielu uległo iluzji, że nienawiść można uleczyć milczeniem. Naszym zdaniem taki sposób postępowania prowadzi, wbrew intencjom, do legitymizacji mowy nienawiści jako równoprawnej ideowej i historycznej narracji, a także do politycznego awansu środowisk wnoszących ją do publicznego obiegu.”

 

 

Na koniec chciałam jeszcze dodać, że ja na Juwenaliach nie bawilam się przy Figo Fagot, tylko m.in. przy T.Love i że ludzie nie czekali na Bożenkę, tylko na “Nie, nie, nie”. Nawet jeżeli ludzie śpiewają piosenki bezrefleksyjnie, to i tak doceniam rolę języka i jego  funkcji poznawczej i wolę, żeby śpiewali:

“Tylko nie mów tego, że

Nienawidzisz...”

a nie “Bo każdy Cygan to złodziej”

Poniżej TLove na zeszłorocznych Juwenaliach w Kielcach.

 

More posts
Your Dashboard view:
Need help?