logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: XIX-wiek
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-10-24 10:51
Inteligentni ludzie wybierają lepiej, czyli „Duma i uprzedzenie” Jane Austen
Duma i uprzedzenie - Anna Przedpełska-Trzeciakowska,Jane Austen

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Najpopularniejsza angielska książka wszech czasów (ex aequo z Władcą Pierścieni), klasyczna powieść o dylematach związanych z zamążpójściem i suchar nad sucharami w jednym – Duma i uprzedzenie.

 

Czytanie Jane Austen bez mocnej kawy i ożywczej ścieżki dźwiękowej to spore wyzwanie. Książka jest nudna jak flaki z olejem, bohaterowie nieustannie dokądś wyjeżdżają albo skądś wracają, czemu zawsze towarzyszy mnóstwo ceregieli, a także tysiące plotek, które ktoś komuś powtarza. Postaci w dialogach używają głównie peryfraz, a narracja przypomina pod względem stylistycznym streszczenie jakiejś lektury. Ale jeżeli podejmiemy ten wysiłek i przebrniemy przez wszystkie przeszkody, jakie niesie ze sobą kwadratowy styl Jane Austen, dojdziemy do co najmniej kilku interesujących wniosków.

 

Po pierwsze – nieustająca popularność Dumy i uprzedzenia bierze się przede wszystkim stąd, że bohaterowie Jane Austen zmieniają się pod wpływem różnych okoliczności. A pisarka przedstawiła przemianę ich postaw oraz charakterów w taki sposób, że jesteśmy w stanie w to wszystko uwierzyć.

 

Duma i uprzedzenie to w zasadzie prekursorska powieść tendencyjna – autorka postawiła tezę, że pierwsze wrażenie, jakie na nas wywierają różni ludzie, nie zawsze są zgodne z prawdą, a następnie ją udowadnia.

 

Na szczęście postaci pierwszoplanowe są prawdopodobne psychologicznie, a ich dylematy sercowe są dość wciągające. I tak z tendencyjnej powiastki wyszło romansidło wszech czasów. A schemat fabularny oparty na losach postaci, które z początku się nie lubią, a z czasem przekonują się, że są dla siebie stworzeni do dziś eksploatowany jest przez twórców komedii romantycznych.

 

Po drugie – to, co mnie najbardziej w Dumie i uprzedzeniu porusza, to irracjonalne zachowania społeczne wśród angielskiej arystokracji, zwłaszcza te związane z miejscem kobiety w społeczeństwie. Z jakiegoś niezrozumiałego dziś powodu rodzinie Bennetów grozi ruina, bo pan Bennet spłodził pięć córek i ani jednego syna. Za to dobra wiadomość jest taka, że pan Bennet jest dość oświecony jak na swoje czasy i zdecydowanie przedkłada szczęście swoich córek nad rozsądnie zaplanowane małżeństwo, dlatego daje im wolną rękę w wyborze partnera. Szkoda tylko, że wśród jego córek aż trzy są głupie, jedna ładna i dobra, a tylko jedna inteligentna.

 

I tu kolejna niespodzianka – pan Bennet najbardziej ze wszystkich swoich córek kocha Lizzy. Właśnie dlatego, że jest inteligentna. Super. Szkoda tylko, że o swojej małżonce i co najmniej dwóch córkach wyraża się z pogardą – mówi wprost, że są głupie. Zresztą, ich głupota jest w książce otwarcie komentowana przez wszystkich. Z mężczyznami zalecającymi się do bardziej rozgarniętej części rodzeństwa na czele.

 

A może trzeba było trochę lepiej wychować swoje córki? Może trzeba było uchronić je przed głupotą – na przykład postawić na lepszą edukację? A może wszyscy bohaterowie mogliby spróbować wykształcić w sobie kilka nieco bardziej empatycznych zachowań?

 

Morał stąd płynie taki: jak się głupio wybiera, to się potem trzeba z głupimi ludźmi męczyć. Może to nie są wyżyny światowej myśli filozoficznej, ale czasami warto sobie takie rady wziąć do serca. Na przykład w przeddzień wyborów.

 

 

www.facebook.com/literaturasaute

 

Like Reblog Comment
show activity (+)
text 2015-05-30 10:56
Gdy panny Brontë były guwernantkami...
Guwernantka.
 
Niepozorne słówko, które potrafi wywołać jedyne w swoim rodzaju emocje. Przypomina mi cudowne godziny spędzone nad najpiękniejszymi, pisanymi dawno temu powieściami. Niesie ze sobą powiew dziewiętnastego wieku i wizję armii panien z włosami związanymi w koczek, przemykających po posępnych korytarzach szkół i dworów. Dzięki literaturze dziewczęta te stały się ważnym elementem naszych wyobrażeń o czasach, w których przyszło im żyć. 
 
 
Hellen Allingham, Lekcja, ok. 1880
 
Romantyczny dla dzisiejszego czytelnika zawód guwernantki był w rzeczywistości gorzkim i ciężkim losem. Praca nauczycielki domowej była w XIX wieku jedynym godnym szacunku zajęciem dla dobrze urodzonej panienki, która została zmuszona do zarabiania na swoje utrzymanie. Nierzadko traktowane na równi ze służbą, lekceważone, często poniżane - życie guwernantek nie było usłane różami. Nie każda miała szczęście zostać przyjaciółką swojej podopiecznej, a następnie dobrze wyjść za mąż - jak panna Taylor, jedna z bohaterek "Emmy" Jane Austen. 
 
W literaturze polskiej nie znajdzie się wielu guwernantek. Na myśl przychodzi mi jedynie Joasia Podborska z "Ludzi bezdomnych", świetnie wykształcona, a tym samym dobrze przygotowana do zawodu, pracująca w przyjaznym środowisku i traktowana na równi z domownikami. Dla równowagi przypomina się los Marty z opowiadania Elizy Orzeszkowej, która zmuszona do podjęcia pracy, nie jest w stanie utrzymać się na stanowisku nauczycielki z powodu niewystarczającej wiedzy i braku odpowiednich umiejętności. Orzeszkowa zresztą niejednokrotnie pisała felietony o guwernantkach, które powinny wykazywać się wiedzą, znajomością języków obcych i talentem muzycznym, ale - z racji niskiego poziomu edukacji - nie są w stanie sprostać tym wymaganiom, a tym samym gardzi się nimi i kiepsko opłaca.
 
"Obok nielicznej arystokracji guwernantek, przyjmowanych do domów bogatych lub dostatnich, (...) doświadczającej jakich takich względów i otrzymującej płacę dającą niekiedy możność zebrania sobie choćby maluchnej sumki na godzinę starości lub choroby, mrowi się ogromna masa tych cichutkich i pokornych istot w ciemnych wełnianych sukienkach, z bladymi od strudzenia twarzami, ze spuszczonym od upokorzeń wzrokiem, istot, które bez powołania i zdolności, bez dostatecznego wykształcenia, pracują ciężko i najczęściej nieumiejętnie, z małą lub żadną dla uczennic korzyścią, dla siebie z płacą mogącą zaledwie odziać je w tę ubogą sukienkę, która je okrywa. (...) W razie choroby lub przy nadejściu starości potwór nędzy musi niezawodnie zajrzeć im w oczy (...)".
E. Orzeszkowa, Kilka słów o kobietach
 
O wiele więcej danych na ten temat dostarcza nam literatura angielska. Guwernantki znajdziemy w powieściach sióstr Brontë, w twórczości Elizabeth Gaskell - właściwie wszędzie jest ich pełno, tylko nie zawsze są bohaterkami wysuniętymi na pierwszy plan. Prywatne nauczycielki zapełniają stronice książek przez wiele lat, z czasem wychodzą poza ramy XIX wieku - spotykamy je u Arthura Conan Doyle'a i u Agathy Christie, współcześnie u Diane Setterfield ("Trzynasta opowieść") czy u Michela Fabera ("Szkarłatny płatek i biały").
 
Thomas Ballard, Nowa guwernantka, ok. 1877
 
Guwernantką była Anna Brontë, która swoje doświadczenia opisała w autobiograficznej powieści "Agnes Grey". Zamieściła tam ponurą, aczkolwiek w wielu miejscach prawdziwą wizję delikatnej, wrażliwej dziewczyny nękanej przez rozwydrzonych paniczów. Inna sprawa, że Anna, podobnie jak jej siostra Charlotta, nie miała odpowiedniego wykształcenia i charakteru, które dawałyby jej prawo do wychowywania i edukowania dzieci. Obie nie cierpiały swoich wychowanków, a zajęcie, do którego zostały zmuszone, uważały za poniżające.
 
"Pani Ingham mówiła podobno po latach, że zatrudniała kiedyś jako guwernantkę bardzo nieodpowiednią osobę, niejaką pannę Brontë, która pewnego dnia przywiązała dwoje dzieci do nogi stołowej, żeby jej nie przeszkadzały pisać".
A. Przedpełska-Trzeciakowska, Na plebanii w Haworth
 
Charlotta Brontë została nauczycielką w domu znajomych swojego ojca. Tak samo jak wcześniej jej młodsza siostra, została do tego zmuszona przez konieczność finansowego wsparcia rodziny. Stała się pomocą domową, permanentnie pozostającą do dyspozycji pracodawczyni.
 
"Chociaż dola prywatnej guwernantki była jej bardzo niemiła, to jednak miała obowiązek zdjąć z ojca ciężar jej utrzymania, a to była jedyna dostępna dla niej możliwość. (...) Niewątpliwie każdy, kto obiera karierę guwernantki, musi zrezygnować z wielu rzeczy; życie takie bez wątpienia musi być zawsze życiem pełnym wyrzeczeń; ale dla Charlotte Brontë było ono wypełnione nieustannymi usilnymi próbami skupienia wszystkich zdolności na celu, do którego realizacji nie zostały one nigdy przystosowane".
E. Gaskell, Życie Charlotte Brontë
 
Dziewczyna, która później tak dobitnie i sugestywnie opisała guwernancką dolę w "Jane Eyre", była porażona traktowaniem, z jakim spotkała się w domu ludzi równych jej urodzeniem, u których zgodziła się być nauczycielką. "Widzę teraz wyraźniej niż kiedykolwiek, że prywatna guwernantka to dla tych ludzi ktoś, kto nie istnieje i nie myśli, a kogo dostrzega się tylko w związku z jego ciężką pracą" - pisała w 1839 roku w liście do siostry Emily. Nie było to niczym niezwykłym w owych czasach, jednak przyznać trzeba, że w tym wypadku sporo winy leżało po stronie Charlotty. 
 
"Jeden z licznych kuzynów małych Sidgwicków, pan A.C. Benson, który bywał częstym gościem w Stonegappe, zarzucił w swoich wspomnieniach Charlotcie, że nie miała najmniejszych zdolności pedagogicznych, a poza tym była wciąż chorobliwie ponura. To prawda, że mój kuzyn... rzucił w nią kiedyś Biblią, ale inny mój kuzyn pamięta, iż kiedy ją proszono, by poszła z wszystkimi do kościoła, uważała, że się jej rozkazuje jak niewolnicy, a jeśli jej nie proszono, uważała, że się ją wyklucza z rodzinnego grona. Nie, Charlotta Brontë nie mogła być jako guwernantka osobą łatwą we współżyciu".
A. Przedpełska-Trzeciakowska, Na plebanii w Haworth 
 
Myślę, że większość z was zna Jane Eyre i jej przejścia z wyniosłą, przerysowaną panną Ingram (czy Charlotta jedynie przez przypadek wybrała dla niej nazwisko łudząco podobne do miana chlebodawczyni Anny?). W zachowaniu i słowach polującej na pana Rochestera dziedziczki autorka zawarła całe - typowe dla angielskiego społeczeństwa - spojrzenie na nieszczęsne guwernantki.
 
"Ja mam tylko jedno słowo do powiedzenia o całej tej zgrai: to plaga. (...) Co za figle Teodor i ja płataliśmy naszym pannom Wilson, paniom Grey i madame Joubert!"
"Mary i ja miałyśmy swojego czasu coś ze dwanaście guwernantek; połowa ich były to nieznośne kreatury, reszta śmieszne, a wszystkie czupiradła, nieprawdaż, mamo? (...)
- Moja najdroższa, nie mów mi o guwernantkach; samo to słowo działa mi na nerwy. Wycierpiałam męki z powodu ich nieumiejętności i grymasów. Bogu dziękuję, że skończyłam z nimi raz na zawsze!
Tu pani Dent nachyliła się ku nabożnej damie i szepnęła jej coś na ucho; przypuszczam, po odpowiedzi sądząc, że zwróciła jej uwagę, iż jedna z tej wyklętej rasy jest tu obecna. (...)
- Zauważyłam ją; znam się na fizjonomiach, a na jej twarzy widzę wypisane wszystkie wady jej klasy".
Ch. Brontë, Jane Eyre (1847)
 
Dziewczęta, wychowywane w duchu ówczesnego spojrzenia na kobiety, były w sporej mierze słabo wyedukowane (w końcu po co przyszła żona i matka ma znać się na chemii czy biologii, w jakim celu zapoznawać ją z językami obcymi?) i nienauczone postępowania z dziećmi. Trudne dla wielu rodzin czasy zmuszały je do podjęcia pracy zarobkowej, której znalezienie graniczyło z cudem. Z konieczności stawały się guwernantkami, bo tylko takie stanowisko oferowało im społeczeństwo. 
 
Richard Redgrave, Guwernantka, 1844
 
Szybko okazywało się, że kompetencje większości z nich są niewystarczające, a to z kolei sprawiało, że nauczycielki domowe stały się słabo opłacanym obiektem niechęci. Opinia ta rozciągnęła się na wszystkie przedstawicielki tego zawodu, także te, które posiadały odpowiednie kwalifikacje, więc całkiem spora grupa zdolnych i wykształconych zawodowych guwernantek zmuszona była do pracy za poniżające pensje - z powodu przepełnienia rynku. 
 
"W roku 1845 guwernantkę można było łatwo rozpoznać po bladej, przygnębionej twarzy (...). W latach 40. XIX wieku ponad sto guwernantek dawało codziennie ogłoszenie o przyjęcie do pracy. W 1850 r. 21 tysięcy wytwornych, szlachetnie urodzonych kobiet zapisano jako należące do najbardziej pogardzanego zawodu w wiktoriańskiej Anglii".
H. Pitcher, Gdy panna Emmie była w Rosji
 
Wszystkie razem wrzucano do jednego worka i traktowano gorzej od służących. Nie to jednak było najgorsze - dziewczyna, która podejmowała się tego zawodu, z miejsca traciła szansę na wyjście za mąż, gdyż jej ewentualne relacje z mężczyznami były pilnie śledzone przez pracodawców, nietolerowane. Co więcej, w wiktoriańskiej Anglii wiele prywatnych nauczycielek pod koniec okresu aktywności zawodowej, pozostawało nagle bez miejsca, w którym mogłyby mieszkać i bez środków do życia.
 
Niewiele pomagała literatura, piętnująca wyzysk i pogardę, na nic zdały się apele ludzi takich jak John Ruskin, angielski pisarz i krytyk, który w 1864 roku pisał: "Co za nauczycielki dajecie swoim córkom i jaki szacunek okazujecie nauczycielkom, które wybraliście? Co wasza córka pomyśli sobie o waszej ocenie jej osoby bądź o znaczeniu, jakie przywiązujecie do jej intelektu, skoro powierzacie formację jej charakteru, zarówno moralną, jak i intelektualną osobie, którą pozwalacie traktować służącym z mniejszym respektem niż waszą gospodynię (...)? Sami zaś uważacie, że to dla niej zaszczyt, gdy pozwolicie jej czasami posiedzieć wieczorem w salonie".
 
 
Emily Mary Osborn, Guwernantka, 1860
 
"Status młodej kobiety, która znalazła się w obcym domu, nacechowany był dwuznacznością. Jako osoba dobrego urodzenia nie należała do grupy służących. Nie mogła jednak czuć się równa państwu, którzy ją zatrudniali. Nie jadała w kuchni z pokojówkami i lokajami, ale poza wyjątkową okazją nie wolno jej było zasiadać przy stole z chlebodawcami. Gdy zachowywała się z uniżonością - nie zyskiwała respektu, zwłaszcza ze strony swoich podopiecznych. Gdy domagała się szacunku dla siebie - postrzegano ją jako hardą i niesympatyczną. (...) Prawie zawsze była ponad miarę obciążona pracą. Od rana przebywała w towarzystwie dzieci, a wieczorami obarczana bywała szyciem, naprawianiem odzieży i innymi robótkami ręcznymi. Za to wszystko otrzymywała żałosną zapłatę kilkunastu funtów rocznie".
E. Kraskowska, Siostry Brontë
 
Lata 60. XIX wieku przyniosły istotną zmianę. Mnóstwo zdesperowanych, ale przede wszystkim niezwykle odważnych młodych kobiet, postanowiło porzucić kraj, w którym ciężko im było znaleźć godną pracę i szacunek. Rozpoczęła się wielka ekspansja angielskich guwernantek, które niejednokrotnie znajdywały zatrudnienie bardzo daleko od domu. Najwięcej przygód przeżyły te, które wylądowały w Rosji. 
 
Ale o tym opowiem Wam już następnym razem. :)



Do poczytania:
A. Brontë, Agnes Grey;
Ch. Brontë, Jane Eyre;
E. Gaskell, Życie Charlotte Brontë;
E. Kraskowska, Siostry Brontë;
E. Orzeszkowa, Kilka słów o kobietach;
E. Ostrowski, Charlotte Brontë i jej siostry śpiące;
H. Pitcher, Gdy panna Emmie była w Rosji;
A. Przedpełska-Trzeciakowska, Na plebanii w Haworth.
 
Ilustracja z magazynu Punch

 

 

Zapraszam: http://zielonowglowie.blogspot.com/

Like Reblog Comment
show activity (+)
text 2013-08-04 13:58
Zwierzę zwyrodniałe.

One note: as there are more and more English-speaking mad-book-lovers out there – which makes me extremely happy – please poke me if there is a need to provide English translation. Best!

 

* * *

 

Czy mi się to podoba czy nie, moja sterta wakacyjnych lektur przedstawia się niezwykle imponująco i zachęcająco:

 

 

 

 

Co oznacza, że książki, które chcę przeczytać, wciąż muszą cierpliwie czekać na swoją kolej. Cóż, może wrzesień okaże się łaskawszym miesiącem.

 

Ale, ad rem.

 

Zastanawialiście się kiedyś, skąd wzięło się to charakterystyczne utyskiwanie starszych na „stare, dobre czasy”, a w szerszym kontekście – obejmujące całe społeczeństwa przekonanie, że oto stoimy w obliczu postępującej dekadencji, świat schodzi na psy, a obecna cywilizacja przeżywa śmiertelny kryzys? Profesor Jerzy Jedlicki też się nad tym zastanawia; dlatego też napisał Świat zwyrodniały. Co istotne, nie zastanawia się on nad tym, od kiedy nasza cywilizacja jest chora, ale od kiedy pojawiła się idea, że nasza cywilizacja jest chora.

 

 

Dochodzi do wniosku, że w Zachodniej Europie myśli o złym kierunku rozwoju świata są rewersem myśli o postępie – obydwie te idee to córy XVIII wieku. A później? Rousseau (krytyka cywilizacji i apoteoza natury), rewolucja francuska (zburzenie dotychczasowego porządku i próby stworzenia nowego), Joseph de Maistre (rewolucja francuska jako dzieło szatana), romantyzm (istny bigos często wykluczających się prądów), rewolucja przemysłowa, apoteoza postępu i krytyka postępu, Nietzsche i Schopenhauer, modernizm, fin de siècle... i wreszcie XX wiek, który jest spadkobiercą tego wszystkiego.

 

Uwielbiam badania nad XIX wiekiem, ponieważ mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że wiele problemów ludzi XX i XXI wieku swój początek bierze właśnie tam.

 

Jedlicki analizuje wybrane (jak sam pisze we wstępie, litanię dzieł poświęconych zmierzchowi cywilizacji można by ciągnąć w nieskończoność) problemy. Na przykładzie polskiego romantyzmu przedstawia, skąd wziął się czarny stereotyp Zachodu jako cywilizacji uniformizującej, która z tego powodu w istotny sposób zagraża społeczeństwom takie jak polskie. Bada, na czym polega problem miasta jako ostoi postępu, industrializacji, a przez to śmiertelnych dla partykularnego rozwoju czynników. Dużo miejsca poświęca „degeneracji po angielsku” – stamtąd bowiem wypływa najwięcej źródeł ścierających się prądów XIX wieku. To tam najwcześniej zaczyna się rewolucja przemysłowa i tam pojawia się wielu prominentnych krytyków. Stamtąd pochodził Charles Darwin, który w 1859 roku dołożył własną stertę cegieł do budowy dyskusji o postępie, rozwoju, dążenia do doskonałości. Jedlicki kończy rozciągnięciem przed czytelnikiem wachlarza nastrojów epoki fin de siècle i przełomu wieków.

 

Napisana świetnym, nieco uszczypliwym acz nieprzeintelektualizowanym językiem książka pozwala skonfrontować się z umysłem autora ciętym jak brzytwa. Doskonale układa tak wiele splatających się ze sobą, trudnych do pogodzenia czynników. Jednocześnie, książka nie jest wyczerpująca i przez to wyzwala – przy najmniej we mnie – chęć głębszego poznania wielu aspektów tego złożonego zjawiska, które stanowi fundament naszej obecnej tożsamości.

 

Jedna z bardziej fascynujących rzeczy, choć zaledwie wzmiankowana, szczególnie poruszyła moją wyobraźnię:

 

 

Pałac Kryształowy w Londynie, największa szklarnia świata, zbudowana na potrzeby pierwszej w dziejach gigantycznej wystawy handlowo-przemysłowej, która odbyła się w 1851 roku.

 

 

 

 

 

 

 

Jedlicki pisze, że The Great Exhibition of the Works of Industry of All Nations "miała przede wszystkim cel moralny: miała być świątynią twórczej pracy, chrześcijaństwa i wiecznego pokoju; w tym duchu pisała o niej cała brytyjska prasa, w tym stylu przemawiał otwierając ją książę Albert. Charles Kingsley, powieściopisarz i publicysta, jeden z inicjatorów wystawy, mówił w swym odczycie-kazaniu: Gdyby pradziadowie nasi wstać dzisiaj mogli ze swych grobów, to w naszych szpitalach i kolejach żelaznych, w osiągnięciach naszej nauki fizycznej ujrzeliby potwierdzenie tego starego ich przesądu, nadejście Królestwa Bożego, urzeczywistnienie tych darów, które Chrystus otrzymał dla ludzi, bardziej szczodre niż ktokolwiek z nich mógł marzyć".

 

Czyż nie jest to esencja XIX wieku?

More posts
Your Dashboard view:
Need help?