logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: kryminał
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
text 2018-07-16 12:50
A może nad morze? Z książką - czyli szóste spotkanie blogerek, pisarzy i pisarek w Sopocie

A może nad morze? Z książką

 

Na ten jeden lipcowy dzień czekam zawsze z ogromną niecierpliwością. Kto chociaż raz był na spotkaniu blogerek i pisarek/pisarzy, ten z pewnością będzie chciał to powtórzyć. To było nasze szóste spotkanie, które tak bardzo naładowało mnie pozytywną energią, że tańczyć mi się chce. Naszym celem jest promowanie czytelnictwa, a nasze spotkania dla wielu z nas zaowocowały szczerymi przyjaźniami, a wiadomo, że wśród ludzi przyjaznych spędzanie czasu to sama przyjemność.

 

W tym roku również byliśmy w sopockiej ZATOCE SZTUKI, chociaż teraz ulokowano nas w Sali Kryształowej. Nie było wprawdzie tarasu, ale na dwóch ścianach ogromne okna, na jednej wielkie lustra i czuliśmy się jak w Wersalu.

 

Zatoka Sztuki Sopot 

Zatoka Sztuki Sopot

  Zatoka Sztuki Sopot

Przed spotkaniem Zuza – promotorka czytelnictwa (blog – szufladopółka) zorganizowała DARMOWE CZYTANIE. W tym roku, ponieważ rano padał deszcz i piasek na plaży mógł być nieco wilgotny, czytanie odbyło się w parku na trawie, przed Zatoką Sztuki. Czytana była książka Adama Umbertowskiego – Syndykat.

  

Przyjechało nas około 30 osób. Większość z nich już znałam, więc spotkanie było tym bardziej radosne, bo z większością osób nie widziałam się cały rok. Organizatorzy Aleksandra (blog - aleksandraczyta), Zuzia i Alan (blog - recenzjum) jak zwykle w cudowny sposób załatwili nam super imprezę.

 

Głównym sponsorem było Wydawnictwo Oficynka. Na nasze spotkanie przyszła nie tylko pani prezes Jolanta Świetlikowska, ale również dwóch pisarzy i dwie pisarki, oraz osoba zajmująca się promocją książek w tym wydawnictwie.

 

A może nad morze? Z książką 6

Reprezentacja wydawnictwa Oficynka

 

Oczywiście znów był tajemniczy sponsor/sponsorka poczęstunku. Mieliśmy zatem kawę, herbatę, zimne napoje, ciastka i owoce, którymi wszyscy chętnie się częstowali.

 

A może nad morze? Z książką 6

Na uczestników spotkania czekały, jak co roku torby z prezentami od sponsorów (oczywiście książkami),

 

A może nad morze? Z książką 6

 

była wymiana książkowa,

 

A może nad morze? Z książką 6 

 

 i loteria, w której każdy los wygrywał,

 

 A może nad morze? Z książką 6

 

a także Quiz przygotowany przez dwie Beaty – blogerki (bookfa - Lost.In.The.Library i Beata - Co warto czytać). Muszę przyznać, że dziewczyny trochę się nagłowiły, aby nam utrudnić. Zostaliśmy podzieleni na grupy i każda grupa otrzymała dwie kartki. Na jednej były nazwiska pisarzy/pisarek a na drugiej imiona i nazwiska bohaterów literackich i… oczywiście trzeba było dopasować bohatera do autora. Moja grupa wprawdzie nie zwyciężyła, ale myślę, że poszło nam całkiem dobrze bo na 90 pozycji, prawidłowych odpowiedzi mieliśmy 50. Nie było łatwo, ale integracja wspaniała.

 

A może nad morze? Z książką 6  

A może nad morze? Z książką 6

 

Myślę, że wszyscy świetnie się bawili i składam głęboki ukłon w stronę organizatorów za ich zaangażowanie i za… krówki, które uwielbiam.

 

A może nad morze? Z książką 6

 

DZIĘKUJĘ Aleksandrze (blog - aleksandraczyta), Zuzi i Alanowi (blog recenzjum) no i oczywiście Beatkom, Oficynce, i wszystkim, którzy przyczynili się do tego, abyśmy mogli tak pierwszorzędnie spędzić ten dzień. Niestety Zuzi i Alana nie było, bo zatrzymały ich ważne sprawy prywatne. Szkoda, bo się za nimi stęskniłam.

Kwiaty

DZIĘKUJĘ wszystkim sponsorom i tym oficjalnym i temu, który nie życzył sobie nagłaśniać swojego gestu (ufundowania napojów, ciastek i owoców) za to, że tak wspaniale nas obdarowali.

A może nad morze? Z książką 6

 

Jak co roku, przywieźliśmy również książki dla innych, ponieważ Była zbiórka książek dla Schroniska Promyk w Gdańsku. Psy i koty wprawdzie nie będą ich czytać, ale ich opiekunowie popakują te książki w szary papier i będą sprzedawać na różnych festynach czy innych organizowanych spotkaniach, na których są zbierane pieniądze dla zwierzaczków. Oczywiście nasze książki zamienione na pieniądze pozwolą na zakup leków, karmy czy innych potrzebnych w tym miejscu rzeczy. Mam psiaka ze schroniska, który chętnie leży przy mnie gdy czytam jakąś powieść, więc byłam jedną z pierwszych, którzy wrzucili swoje książki. Zebraliśmy dwa duże kartony. Piękna inicjatywa. BRAWO MY.

Schronisko Promyk Gdańsk

 

A może nad morze? Z książką 6

Krótka fotorelacja, którą pozwoliłam sobie zaprezentować na blogu Książki Idy, dzięki zdjęciom naszego „nadwornego” fotografa – pisarza Karola Kłosa oraz kilku blogerek, z pewnością pokaże, że moje słowa to nie blef. Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał do mnie żalu o to, że „podkradłam” zdjęcia.

Like Reblog Comment
review 2018-06-25 20:07
„Śmierć w Chateau Bremont”, bo okładka była śliczna

 

Niezbyt często sięgam po książki z powodu ich okładek, ale akurat abonament Legimi daje swobodę ulegania takim zachciankom. Inaczej wybieram lektury, jeśli na książkę trzeba wydać kilkadziesiąt złotych, a inaczej jeśli wystarczy dodać na półkę i pobrać na czytnik. W ten oto sposób zacząłem czytać „Śmierć w Chateau Bremont” M.L. Longworth. Nawet specjalnie się nie zastanawiałem, nie czytałem wcześniej recenzji, nie sprawdziłem kto napisał. Poprzestałem na skojarzeniu po tytule, że to zapewne francuski kryminał. Za takowymi nie przepadam, ale znowu – zdecydowała okładka. Zwyczajnie mnie urzekła zarówno w przypadku „Śmierci w Chateau Bremont” jak i drugiego tomu serii - „Morderstwa przy rue Dumas”.

 

Urzekająca okładka książki M.L. Longworth „Śmierć w Chateau Bremont” (źródło: smakslowa.pl)

 

Z samym czytaniem było jednak wyraźnie słabiej. Nie chcę nikogo zniechęcać do lektury tego tomu czy całej serii, ale ja po następne części raczej nie sięgnę. Dlaczego? Czytanie zwyczajnie mi nie szło. Taki styl pisania mi nie odpowiada. Moim zdaniem „Śmierć w Chateau Bremont” to lektura z jednej strony dla miłośników Francji, a z drugiej – kobiecego stylu pisania. Żeby nie było – Francję lubię takoż nie oceniam książek na podstawie płci autora. Ale w tym przypadku nie mogłem się przekonać ani do prowadzenia fabuły, ani do opisów. Podam przykład zdania nieźle oddającego charakter książki: „Odłożyła portfel i kluczyki do starego fajansowego naczynia z Quimper, stojącego na stoliczku z czarnego szkła, który kupiła na wyprzedaży w Habitat”. Lubię budowanie atmosfery i oddawanie charakteru miejsca akcji poprzez wplatanie detali, ale bez przesady! Jedno zdanie a ile się dowiedziałem zupełnie zbędnych rzeczy o stoliku i naczyniu na klucze.

 

Równie urzekająca okładka „Morderstwa przy rue Dumas” (źródło: smakslowa.pl)

 

Cała kryminalna historia opowiedziana jest bez specjalnych zawiłości czy budowania napięcia. Śledztwo toczy się powoli utykając raz po raz, a to w winnicy, a to w kawiarni czy restauracji. Do tego jeszcze trochę blasku francuskiej arystokracji i dużych pieniędzy. W końcu, tak trochę przy okazji, okazuje się kto zabił. Ot i cała historyja.

 

Urzekające Aix-en-Provence, gdzie toczy się akcja powieści (źródło: Google Street View)

 

Nie polecam ale też specjalnie nie zniechęcam. To nie jest zapewne zła książka. Sądzę też, że zarówno taki sposób pisania, francuskie realia, jak i powolna, sącząca się intryga bez brutalnych opisów i mrożących krew w żyłach akcji może znaleźć uznanie.

 

Ebooki M.L. Longworth można kupić np. w księgarni Ebookpoint:

 

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2018-06-24 11:50
GDAŃSKI DEPOZYT

Piotr Schmandt urodził się w 1969 roku. Mieszka w Gdyni. Jest prozaikiem, publicystą, muzeologiem i fascynatem historii Pomorza. Absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Gdańskim, teologii ogólnej na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie oraz Podyplomowego Studium Muzealniczego na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Jako pisarz debiutował w 2005 roku fabularyzowaną biografią własnego dziadka – Koncha i perła. Życie gdyńskiego drogisty, która w 2006 roku zdobyła II Nagrodę Costerina na Kościerskich Targach Książki Kaszubskiej i Pomorskiej. Znany jest również, jako autor cyklu kryminałów Sprawy inspektora Brauna.

 

Piotr Schmandt  Gdański depozyt_Piotr Schmandt

Wydawnictwo Oficynka rok 2011

stron 310

 

Gdański depozyt to kryminał retro, którego fabuła umiejscowiona została w latach trzydziestych ubiegłego wieku w Wolnym Mieście Gdańsk.

 

Wielkimi krokami zbliża się druga wojna światowa, a tymczasem w Gdańsku wykluwa się intryga z prawdziwym skarbem w tle. Zmysłowa maszynistka, dwulicowi kochankowie, zagadkowy pośrednik, poczciwi polscy urzędnicy odsłaniający drugą twarz, femme fatale o urodzie damy z Siedmiogrodu oraz wywiady kilku państw – wszyscy są uwikłani w tajemniczą sprawę gdańskiego depozytu. Kto okaże się w tej rywalizacji prawdziwym zwycięzcą? Przedwojenny Gdańsk skrywa niejedną tajemnicę.

 

Przyznam szczerze, że przyciągnął mnie do tej książki tajemniczy tytuł i okładka. Chciałam przeczytać tę książkę i nie żałuję, że wreszcie mi się to udało, chociaż powieść jak na kryminał jest dość zagmatwana. Sporo wątków może pogubić czytelnika, chociaż… jeżeli dotrwa on do końca, wszystko okaże się ze sobą w sprytny sposób połączone.

 

Muszę przyznać, że autor jest bardzo drobiazgowy. Dla mnie, osoby mieszkającej w Gdańsku i słyszącej niejedną historię związaną z okresem przedwojennym, wojennym i powojennym tego miasta, to nie było nic nowego, ale myślę, że czytelnik, który lubi się skupić na konkretnej fabule, może poczuć pewnego rodzaju zawiedzenie. Bo cóż wspólnego z intrygą kryminalną mogą mieć informacje, kto i gdzie (a raczej u kogo) kupował jakieś ciasteczka, czy pończochy? Trochę zbyt dużo jak dla mnie jest w tej książce takich zbytecznych informacji. Oczywiście, dla kogoś, kto chętnie czyta o starych miastach takie miejsca, dziś już nieistniejące, czy miejsca, w których łatwo jest sobie wyobrazić bohatera, to pewnego rodzaju perełki, ale nie zawsze potrzebne zwykłemu miłośnikowi kryminału.

 

Muszę przyznać, że autor bardzo obrazowo opisuje niektóre miejsca czy ludzi i nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby przenieść się na chwilę do tych miejsc i pobyć z tymi ludźmi.

 

Ciekawie ukazany Gdańsk, będący Wolnym Miastem, a jednak z przeważającą siłą i obecnością niemczyzny, to z pewnością interesujący temat dla wielu ludzi chcących poznać historię tego pięknego miasta.

 

Pewnego rodzaju autentyczności dodaje treści specyficzny język, z jednej strony przesycony prostotą, a z drugiej typową dla ludzi z klasą „galanterią”. Dialogi w charakterystycznej mowie przedwojennej. Bohaterki i bohaterowie tej książki, to ludzie wywodzący się z różnych środowisk, i tu, moim zdaniem autor bardzo wiarygodnie odzwierciedlił ich pochodzenia, właśnie dzięki sposobom wysławiania się lub zachowania.

 

Nie jest to lektura z tych, które od początku do końca trzymają w takim napięciu, że nie można się od nich oderwać, ale niemal od początku wzbudza w czytelniku zaciekawienie dotyczące oczywiście wspomnianego w tytule gdańskiego depozytu.

 

Jeżeli zatem ktoś ma ochotę na piękny spacer uliczkami dawnego Gdańska, a właściwie to Wolnego Miasta Gdańsk, tego którego już dawno nie ma, a przy okazji chciałby przeżyć jakąś przygodę z intrygą kryminalną w tle, to jest to książka dla niego.  Myślę, że wielu czytelników znajdzie w niej coś dla siebie, ponieważ kawał pięknej historii to już pewnego rodzaju rarytas, do tego interesująca historia ukrytego skarbu, którego właścicielami chciałoby się stać kilku ludzi i specyficzny staropolski język, w magiczny sposób przenoszący czytelnika w czasy, które pamięta już naprawdę niewielu. Czy trzeba czegoś więcej, aby zachęcić do tej lektury?

 

 Gdańsk na starej fotografii

W tym miejscu w Gdańsku niewiele się zmieniło, ale tramwaj już tą trasą nie jeździ.

Gdańsk na starej fotografii

Piękny zaułek w sąsiedztwie Bazyliki Mariackiej.

Zdjęcia znalazłam w Internecie. Autorem zdjęć jest Oskar Mikut, zdjęcia pochodzą z kolekcji Rolanda Józefowicza z albumu "Powrót Gdańska do Macierzy".

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2018-06-19 12:43
MASZ TO JAK W BANKU - Ryszard Ćwirlej

Ryszard Ćwirlej urodził się w 1964 roku. Jest pisarzem, dziennikarzem telewizyjnym. wykładowcą na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W 2015 roku jego powieść „Błyskawiczna wypłata” otrzymała Nagrodę Kryminalnej Piły dla najlepszej powieści kryminalnej 2015. Rok później autor otrzymał Nagrodę Prezydenta Miasta Piły „Syriusz 2016” w kategorii Kultura. W roku 2017 jego powieść „Śliski interes” otrzymała nagrodę czytelników Wielkiego Kalibru, a w 2018 roku Nagrodę Wielkiego Kalibru otrzymała powieść „Tylko umarli wiedzą.

 

Ryszard Ćwirlej  Masz to jak w banku_Ryszard Ćwirlej

Wydawnictwo MUZA.SA rok 2018

stron 478

 

Masz to jak w banku, to neomilicyjny kryminał, którego fabuła zaczyna się w przełomowym roku 1989.

 

W Warszawie trwają obrady Wielkiego Stołu, które mają doprowadzić do szybkich i nieodwracalnych przemian ustrojowych. W Poznaniu dochodzi do serii tajemniczych i brutalnych morderstw dokonanych na miejscowych handlarzach dewizami. Wszystko wskazuje na to, że ktoś chce przejąć cały walutowy rynek szefa poznańskich cinkciarzy. Najbardziej wpływowa w tym biznesie osoba, czyli Gruby Rychu też jest w niebezpieczeństwie, bo i jego ktoś próbuje zabić. Śledztwo w sprawie zabitych handlarzy przejmuje kapitan Mirek Brodziak, prywatnie dobry znajomy Rycha. Sprawy zaczynają się komplikować, gdy znika jeden z funkcjonariuszy. Co wspólnego z morderstwami cinkciarzy mają byli pracownicy SB? Czy mordercom cinkciarzy uda im się dopaść Grubego Rycha? Jak milicja poradzi siebie z rozwiązaniem tego śledztwa?

 

Jest to pierwsza książka tego autora, którą przeczytałam, chociaż na swojej półce z książkami mam dwie jego powieści. Przyznam szczerze, że trochę mnie ta lektura zszokowała. Jestem osobą, która czasy PRL pamięta bardzo dobrze, i pamiętam cinkciarzy handlujących walutą, bo od lat osiemdziesiątych mieszkam w Trójmieście, a tu ten handel był bardzo widoczny. Zszokowana jestem natomiast obrazem polskiej milicji ukazanej przez autora. Czytając tę książkę, czytelnik odnosi wrażenie, że tamten okres, to był czas jednego wielkiego pijaństwa. Słowo alkoholik było wówczas mało znane, za to pijak… i owszem. Wszyscy pili, ale nikogo nie nazywało się pijakiem.

 

Autor przedstawia środowisko milicyjne, w którym wódka leje się szklankami. Alkohol jest wszechobecny. W każdym biurze, bez względu na rangę piją niemal wszyscy. Szczególnie funkcjonariusze wyższy rangą. Prawie każda rozmowa służbowa opijana jest polską wódką, nawet prokurator w czasie oględzin zwłok pozwala sobie na wypicie kilku drinków z barku denata. Milicjanci piją na służbie, po służbie i tak ogólnie, to oni piją ciągle i wszędzie.

 

(…) - W schowku z przodu są kalibry, znaczy takie metalowe kieliszki myśliwskie. – kapitan wskazał na przód auta. Woził takie kielonki, bo człowiek nigdy nie zna dnia ani godziny i nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie się napić. Ot choćby teraz. Przecież wcale nie zamierzali pić, a tu proszę, flaszki wpadły w ręce sierżanta zupełnie przypadkiem, to chociaż trzeba spróbować, czy wódka dobra. (…)

 

Zachłanność milicjantów i władza, jaką dawała mi pozycja „stróżów prawa”, sprowokowana była nie tylko pustkami w sklepach ale i dostępnością do ekskluzywnych towarów.

 

Fabuła jest wielowątkowa, sporo wątków nie jest dosadnie związanych z kryminalną intrygą. Sporo rozmów bohaterów nie dotyczy śledztw i tak właściwie to brakowało mi takiej linii prowadzonego śledztwa, jaką posiadają na przykład książki Agnieszki Pruskiej. Mało dokonań czysto zawodowych a sporo życia prywatnego milicjantów. Jak na kryminał, to chyba brak tutaj konkretnej akcji, która dopiero pod koniec książki nabiera tempa zgodnego z tym, czego oczekiwałam.

 

Ciekawie natomiast autor wplótł w narrację słownictwo. Charakterystyczny dialekt poznański połączony z potocznym słownictwem, to z pewnością plusy. Chociaż wczytując się w rozmowy między milicjantami, czytelnik odnosi wrażenie, że są to osoby może nie z marginesu, ale z pewnością z nizin intelektualnych.

 

Od czasu do czasu gościł jednak na moich ustach uśmiech, który sprowokowany był opisem dość humorystycznych zachować lub przekazu myśli bohaterów. Wszak odrobina humoru jeszcze nikomu nie zaszkodziła i chociaż kryminał powinien być lekturą poważną, to zabawne sytuacje też czasami są wskazane.

 

(…) Bo Mariusz Blaszkowski miał dziewczynę. Tak naprawdę to w zasadzie miał mieć i wszystko wskazywało na to, że plan się powiedzie. Spotykali się już ponad dwa tygodnie i raz nawet się pocałowali. (…)

 

(…) Miejsc wkoło nas coraz mniej, już dymi z okien złotym obłokiem. I barman już woła: Hej! Już kawiarenka rusza w rejs, wielki rejs. – Jadwiga znała dobrze tę piosenkę, bo dość często puszczali ją w pierwszym programie radiowym, ale za nic w świecie nie potrafiła sobie wyobrazić, jak te kawiarenki w ogóle płyną, bo przecież wiadomo, że pływać to mogą ryby, statki, a nawet ludzie, ale żeby kawiarnia gdzieś odpłynęła, to raczej niemożliwe. (…)

 

W tej poważnej fabule, takie przebłyski humoru bardzo mi się podobały. Nie brakuje jednak w tej powieści tak zwanego czarnego humoru i ironii, podkreślającej często smutną prawdę dotyczącą służb państwowych czy stanowisk urzędowych w Polsce Ludowej.

 

Moim zdaniem, autor w tej barwnej PRL-owskiej powieści, w świetny sposób uchwycił oznaki przemian, Zauważamy jak na przykład zmienia się podejście do zachodniego luksusu, chociażby za sprawą towarów przywożonych z zza granicy i sprzedawanych na ulicach prosto z toreb czy walizek. Czy prozaiczny przykład podejścia do napojów, popularną wówczas oranżadę zamienia się w Pepsi Colę. I co moim zdaniem istotne, czas zmian nie tylko ustrojowych, legalizowanie do tej pory czynności, takich chociażby jak handel walutami. Od cinkciarzy po całkiem legalne kantory wymiany walut, czy banki z wymianą walut.

 

Ta książka jest nie tylko dla miłośników kryminału, jest w niej kawał dobrej historii, o której młode pokolenie nie zawsze ma pojęcie. Polecam tę lekturę szczególnie młodym czytelnikom, chociaż ukazany w negatywnym świetle świat tamtego okresu, może wydać się im zbyt wulgarny i prostacki. Ale kto miał okazję doświadczyć tego, ten wie ile prawdy kryje się za tę fabułą.

 

 milicyjna nyska

Kto jeszcze pamięta, jak po polskich ulicach jeździły te nyski milicyjne?

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2018-06-17 21:22
Piłka nożna i tajemnicze zbrodnie - "Wyśniona jedenastka" Pawła Fleszara
Autor: Paweł Fleszar
Tytuł: Wyśniona jedenastka
Liczba stron: 404

 

Sięgacie czasem po kryminały? Lubicie piłkę nożną? A co powiecie na połączenie tych dwóch w jednej powieści? Będą też pościgi, porwania, tajemnicze zaginięcia, trochę historii futbolu oraz ciekawy wątek miłosny. Wprost idealna lektura na czas mundialu!
Jak powinna wyglądać idealna randka? Cóż... natknięcie się na trupa w trakcie wspólnego spaceru z pewnością nie jest czymś, co umieścilibyśmy w wymarzonym scenariuszu. Tyle że właśnie to przytrafiło się Maćkowi i Karolinie. On - dziennikarz sportowy, ona - studentka anglistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Chyba nic tak nie zbliża ludzi jak znalezienie topielca z rozciętym gardłem. W dodatku para szybko się przekonuje, że to dopiero początek dziwnych zdarzeń. Tajemnice i niebezpieczeństwa odtąd zagoszczą w ich życiu na stałe.
"Wyśniona jedenastka" rozpoczyna się bardzo mocnym akcentem. Jeśli nie lubicie przydługich opisów i powolnego wprowadzania czytelnika w klimat powieści, możecie od razu porzucić swoje obawy. Zamiast tego już na samym początku dostajemy intrygującego trupa (ale nie zdradzę Wam, co w nim jest takiego szczególnego, musicie przekonać się o tym sami). Wraz z rozwojem akcji robi się coraz ciekawiej. Wciąż pojawiają się kolejne pytania, tajemnice mnożą się jak grzyby po deszczu, a do tego robi się naprawdę groźnie. Nasi bohaterowie są bacznie obserwowani, a źli ludzie nie cofną się przed niczym, by zdobyć to, czego pragną. 
 
Narracja prowadzona jest z perspektywy dwojga bohaterów - Maćka, dziennikarza sportowego oraz Agnieszki, zawodniczki drużyny siatkarskiej. Ich relacje przeplatają się, przedstawiając czytelnikowi ciąg niezwykłych wydarzeń, jakie miały miejsce w roku 2004 i 12 lat później. Tego typu zabieg wydał mi się dość ryzykowny. Przeskakując wciąż od jednego narratora do drugiego, od roku 2004 do 2016 i z powrotem, pogubić się nie jest trudno. Ale - o dziwo - w tym przypadku tak się nie stało. Historia opowiedziana przez Pawła Fleszara okazała się tak wciągająca, że bez większych problemów udawało mi się śledzić poczynania bohaterów. Za to końcówka zaskoczyła mnie na tyle, że dopiero po kilku chwilach intensywnej analizy zdołałam jakoś poradzić sobie z mętlikiem, jaki wywołała w mojej głowie.
Z ogromną przyjemnością zagłębiałam się w kolejne rozdziały "Wyśnionej jedenastki". Ta opowieść wciągała i trzymała w napięciu od początku do końca, intrygując kolejnymi zagadkami i bawiąc akurat takim rodzajem humoru, który szczerze uwielbiam. W pakiecie dostałam oryginalne dialogi i nieprzewidywalną fabułę z zakończeniem tak pokręconym, że w życiu bym go nie odgadła. Czytałam tę książkę z zapartym tchem, gniewając się jednocześnie na autora za każdym razem, gdy przerywał w najbardziej emocjonującym momencie, by oddać głos drugiemu narratorowi. Nawet przydługie niekiedy monologi Maćka nie zdołały zniechęcić mnie do dalszej lektury. Naprawdę było warto. 
 
Szczerze polecam miłośnikom kryminałów i wielbicielom piłki nożnej, a także wszystkim tym, którzy lubią spędzić czas z dobrą książką.
 
 
Za możliwość przeczytania powieści serdecznie dziękuję Autorowi!
 
"Wyśnioną jedenastkę" możecie pobrać tutaj (za darmo):
 
Source: ogrodksiazek.blogspot.com/2018/06/pika-nozna-i-tajemnicze-zbrodnie.html
More posts
Your Dashboard view:
Need help?