logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: heroic-fantasy
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2016-03-01 13:08
Fantasy Review: War God Rising by Tim Marquitz
War God Rising - Tim Marquitz

You know, "Monty Python meets Gladiator" certainly has a nice ring to it, and there's no denying that it has definite cover appeal, but in my humble opinion it's not quite right for War God Rising.

If I were in charge of marketing Tim Marquitz's latest, I'd have to go with "Monty Python and the Holy Grail A**hole Sword meets A Knight's Tale (minus the foot-tapping musical numbers) by way of a medieval Fish Called Wanda."  Sure, it doesn't quite roll off the tongue as nicely, but I can't think of a better way to sum it up.

This was one hell of a fun read, full of groans, moans, and even a few belly laughs. It's so stupid at times that it approaches brilliant, and even the jokes you see coming from pages away somehow land perfectly. Comedic timing is tough, especially when it comes to the written word, but Tim has it nailed. Whether he's making excuses for sheep molestation,

“They attacked me. Vicious, foul demons those creatures were. Vampire sheep."

having a pair of wannabe War Gods engaged in a lively philosophical discussion,

“Yeah?”
“Yeah!”
“Yeah?”
“I already said yeah!”
“Well, yeah to you too!”
“You!”
“No, you!”

or making little penis jokes,

“You have a plan?”
“I have an inkling of one,” she answered, holding her hand up, thumb and forefinger separated by about a half inch.
“So your plan involves Sand’s penis?”

it all works.

Surprisingly, though, it also works as legitimate heist/con fantasy novel, complete with some solid characters to carry it along. Bess and Kaede make for a fantastic pair of protagonists, playing off one another like the best mismatched, odd couple, road trip buddies imaginable; Mother Calliope and Alvernon are two very different, but very amusing, magical scoundrels with secrets; Sand is absolutely perfect as the dumb-as-dirt sheep boy turned insane-swordsman (with a flatulence issue); and Whineblade may just be the funniest sentient sword in fantasy. There are no heroes here, no paragons of virtue, just a parade of idiots, scoundrels, jerks, and sarcastic jerks who pull the story together.

If you're in the mood for a little sophomoric dark humor, over-the-top brutality, sheep jokes, rather imaginative monsters, and a gladiator tournament that actually pays off, then War God Rising is well worth the read. If you don't laugh out loud at least once while reading it, then there's something seriously wrong with you.

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2016-01-28 12:03
Zakończenie sagi Rigante, czyli jak David Gemmell mistrzem jedynie bywał
Ravenheart - David Gemmell
Stormrider - David Gemmell

Trzeci i czwarty tomy sagi Rigante rozgrywają się wiele wieków po wydarzeniach znanych z “Miecza w Burzy” i “Nocnego Sokoła”. Czasy Connavara i Bane’a są odległą przeszłością, bohaterowie ci są wręcz mityczni, o ich walkach, życiu, a nawet pochodzeniu krążą legendy. Świat Rigante zmienił się tak bardzo, że poznawanie aktualnej sytuacji politycznej sprawia prawdziwą przyjemność. Tak, jak dwa pierwsze tomy obrazowały czasy podobne do naszego starożytnego Rzymu, tak teraz mamy późne średniowiecze, jest pierwsza broń palna, a całość przypomina walkę Szkotów z Anglikami.

 

Tymi pierwszymi są oczywiście Rigante. Pozbawieni możliwości nie tylko noszenia broni, ale nawet nauki jej stosowania, choćby w samoobronie, odseparowani, nie posiadający praw obywatelskich, stanowią zwyczajnie gorszy sort ludzi. Uzależnieni od ludzi zwanych Varlish, czyli potomków Varsów, w obecnych czasach już nie odpowiedników naszych wikingów (jak za Connavara), ale władców tych ziem. Ludzie Rigante podzieleni na klany udają, że godzą się z życiem pod panowaniem liczniejszych Varlish, jednak co pokolenie wybuchają powstania. W prologu obserwujemy, jak to u Gemmella często bywa, ostatnie chwile dwójki powstańców, a następnie płynnie przechodzimy do obserwacji żywotu ich potomków.

 

W “Ravenheart” autor doskonale się bawi pokazując nam prawdę, o której często się zapomina: że historię piszą zwycięzcy, i że to, czego dziś dowiadujemy się o dawnych czasach często jest po prostu kłamstwem. Nieźle się można uśmiać oglądając karkołomne wyczyny historyków i polityków umieszczające zarówno Connavara, jak i Bane’a wśród ludzi należących do plemion Varsów, których dzięki temu można przedstawić jako pogromców Kamiennego Grodu i samego Jasaraya.

 

Oczywiście prędzej czy później musi dojść do konfliktu, ale jak na Gemmella przystało, nie będzie to po prostu durne łubudu. Odwrotnie, w “Ravenheart” autor skupia się na przedstawieniu nie siły ciała, ale ducha, przez opowiedzenie niezłej historii o człowieku, który swoją postawą stał się inspiracją dla innych, także oponentów. Jest to dobra książka, nie jedna z najlepszych, ale zdecydowanie udana.

 

Czego niestety nie można powiedzieć o ostatnim tomie sagi Rigante, zatytułowanym “Stormrider”. Ba, to jedna z najsłabszych powieści Gemmella, totalny gniot. Już sam początek wyrzuca do kosza wszystkie dobre wspomnienia z sagi, gdy obserwujemy złego żołnierza, który potrafi stosować magię, i który właśnie (o la boga) przejmuje artefakt wzmacniający jego moc. Ależ dno, muł po prostu.

 

I tak wygląda zakończenie niezłej sagi. To boli nie tylko ze względu na Connavara i Bane’a, ale też na bohaterów poznanych w “Ravenheart”, którzy tu nieco starsi stają naprzeciw globalnego konfliktu, prawdziwej wojny. Sprowadzenie istoty konfrontacji do podzielenia frakcji na “dobrych żołnierzy” i “złych sług ciemnych mocy” niszczy całą przyjemność, jaka miała płynąć z zabawy, bo dobrze wiemy, że autora stać na wiele więcej.

 

I tak to jest (było, facet jednak już nie żyje) z Davidem Gemmellem. Człowiek ten od 1984 bodajże, od “Legendy” wciąż pisał tę samą książkę. Talent miał, ale i czasem miewał trochę lenia. Gdy wychodziły mu takie pozycje jak cykl “Troja”, “Miecz w Burzy”, “Waylander”, “Król poza bramą” czy nawet “W poszukiwaniu utraconej chwały” - wszystko jest ok. Jednak gdy na scenę wchodzą rozwiązania najprostsze, hokus pokus i czary mary, jak w “Zimowych wojownikach”, “Księciu Mroku” albo “Stormrider” - wtedy aż żal… chwyta za serce. :)

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2016-01-27 12:19
Mistrz heroic fantasy w akcji, czyli o "Mieczu w Burzy" i "Nocnym Sokole" Davida Gemmella
Sword in the Storm - David Gemmell
Midnight Falcon - David Gemmell

Długi czas zbierałem się, by sięgnąć po niewydane w naszym kraju powieści jednego z moich ulubionych pisarzy. Złośliwi mówią, że ten gość pisze wciąż jedną książkę, obiektywnie się z tym twierdzeniem nawet zgadzam, ale rzadko kiedy mi to przeszkadza w przyjemności czytania. David Gemmell faktycznie wciąż przepisuje to samo, ale mnie opowieści o herosach, takie pozbawione happy endu, z realistycznie przedstawionymi bohaterami nigdy się nie nudzą. Niby mamy tu światy fantasy, ale zawsze jakby prawdziwe, elementy magii są często dodatkiem, który spokojnie można pominąć, przymknąć na niego oko.

 

Na pierwszy ogień poszła saga Rigante, której dwa pierwsze tomy wyszły także w Polsce. Jednak by mocniej wczuć się w klimat postanowiłem je zaliczyć jeszcze raz, tym razem w oryginale. I od razu powiem, że “Sword in the Storm” uważam za jedną z najlepszych książek Davida Gemmella - idealnie skomponowaną ze wszystkich składników, na jakie składa się historia o bohaterstwie, honorze, ale i słabościach. Powieść wypełniona walką, a jednak głównie traktująca o bitwie człowieka z samym sobą, o zachowanie człowieczeństwa, o pozostanie ludzkim nawet w czasach wojen, które usprawiedliwiają każde zło.

 

Historia Connavara jest bardzo uniwersalna, bowiem opowiada o drodze człowieka, od dzieciństwa do dorosłości oraz o odpowiedzialności, jaka ciąży na każdym, kto uważa się za istotę rozumną. Identyfikowanie się z bohaterem przychodzi bez trudu; każdy z nas miał swoje chwile radości i smutków, z perspektywy czasu każdy z nas widzi momenty życia, których się wstydzi, ale i takie, gdy możemy odczuwać dumę. Obserwacja dorastającego wojownika, który jako jeden z nielicznych dostrzega zagrożenie zbliżające się do granic ziem zamieszkanych przez jego plemię, to czysta przyjemność. Głównie dlatego, że jest także człowiekiem, który popełnia błędy. To nie jest ten typ heroic fantasy, gdzie wszystko zostaje załatwione za pomocą oręża jednego, niepokonanego barbarzyńcy. Connavar potrafi myśleć, a co ważniejsze, zdaje sobie sprawę z mądrości innych; jest w stanie zjednoczyć plemiona przeciwko wspólnemu wrogowi, jest w stanie słuchać dobrych rad. Jest jednak także wojownikiem i drzemie w nim bestia, która walczy o to, by wyrwać się na wolność. Jeśli to nastąpi, z bohatera Connavar szybko stanie się postrachem, Królem Demoniczne Ostrze.

 

Interesująco na tym tle wypada tom drugi, zatytułowany “Midnight Falcon”. Opowiada o synu Connavara, noszącego bardzo znane w krainie powieści/komiksów imię Bane. Dorastający bez ojca, wiecznie zagniewany, stojący obok innych, wytykany palcem, a jednocześnie Rigante czystej krwi, waleczny, odważny, śmiały. To zupełnie inna historia, niestety już słabsza, także dlatego, że na scenę wchodzą zagrywki zawsze obniżające poziom prozy Gemmella: jakieś zakony i jacyś kapłani. W ogóle religia nie jest mocną stroną tego twórcy, o ile ma nam do przekazania wartości uniwersalne, tak sposób ich przedstawienia z reguły psuje mocno zabawę, wydarzenia są bowiem tak przewidywalne, sam ten system nazywam syndromem Dartha Vadera (zły kapłan, morderstwo kogoś bliskiego, pragnienie zemsty, zły kapłan okazuje się być nieszczęśliwym, mimo wszystko dobrym człowiekiem). Gemmell go zdecydowanie nadużywa w swoich powieściach, motyw ten podoba się tylko raz. Dla kogoś, kto zaczyna z Gemmellem przygodę “Midnight Falcon” okaże się świetną lekturą, ale dla tych, co z tym autorem mieli do czynienia będzie to powtórka z rozrywki.

 

W tle obu powieści jest nieco magii, ale sprytnie dopasowanej, nie narzucającej się. O wiele bardziej w oczy rzuca się znacznie szersza sprawa przedstawiająca powstanie i upadek imperium, co również jest tematem, który Gemmella interesuje, i o którym często opowiada w swoich książkach. Młody Connavar obserwuje drogę na szczyt jednego z generałów Kamiennego Grodu, uczy się od niego, a potem stawia mu czoło ze swym plemieniem. Młody Bane z kolei spotyka tegoż generała w ostatnich jego dniach, gdy jako imperator znacznie bardziej walczy z różnymi frakcjami politycznymi (kapłaństwo!), które zbyt urosły w siłę, niż z wrogiem zewnętrznym. Każdy z nich doceni Jasaraya, zarówno jako nauczyciela, jak i przeciwnika - i to jest następny charakterystyczny element powieści Gemmella. Ukazanie, że w wojnach giną prości ludzie, podatni na różnego rodzaju idee, tymczasem dowódcy to ludzie cywilizowani, realizujący po prostu swoje cele polityczne, potrafiący ze sobą rozmawiać, ba, nawet się dobrze rozumiejący, by ostatecznie i tak mogli stanąć naprzeciw siebie z mieczami w dłoniach, by za pomocą tych głupszych od siebie osiągnąć swoje cele.

 

Płynnie po ukończeniu lektury “Midnight Falcon” sięgnąłem po kolejny tom serii, zatytułowany “Ravenheart”. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że rzecz dzieje się setki lat po czasach Connavara i Bane’a! Ale o tym następnym razem, tymczasem Gemmella jak zawsze polecam, nie bez powodu gdy żył, tytułowany był “najlepszym pisarzem heroic fantasy”.

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2016-01-12 12:58
Fantasy Review: Steal the Sky by Megan E. O'Keefe
Steal the Sky: The Scorched Continent Book One - Megan E O'Keefe

With a promise of fantasy con artists, a desert oasis, an exiled commodore, a murderous doppel, and a stolen airship, I knew I had to give Steal the Sky a read. It sounded like a lot of fun, and that was exactly what I wanted to kick off the new year. I am pleased to say that Megan E. O'Keefe delivers on that fun, and does so with a great degree of characterization and world building than I expected.

The city of Asana, it is one of the more imaginative places I've come across in fantasy. Here is a port town situated in the middle of an inhospitable, inaccessible desert oasis. Cut off from the rest of the world by the sands of the Scorched Earth, it's also separated from the selium mines by the volcanic glass of the Black Wash. It's a place ripe for intrigue, and its role in the politics of the world is almost diametrically opposed to its role in the economy. What's more, O'Keefe makes smart use of it, especially in exploring how people wrest luxury from barren despair.

At the core of the story is a mysterious element known as selium, around which the entire novel revolves. It's an ambitious MacGuffin, and I worried at times that O'Keefe was spreading it too thin, but it works. Dangerously volatile, magical, and lighter-than-air, selium is mined from the volcanic caves and caverns around the desert oasis of Aransa. It's the commerce around which the city runs; it fuels the steampunk airships; it drives the scandalous life of Detan Honding; and it forms the basis of magic (with doppels using it to reshape their faces and cast illusions).

Unfortunately, as cool as that magic is, it's also the weakest part of the plot. I liked Pelkaia, and appreciated the way her revenge schemes wove themselves into the story, but there was no real suspense to her illusions. Time and time again a character would step into a scene, do something completely against their nature, and instead of making you wonder what was going on, I just shrugged it off as another of her impersonations. There was potential there, to be sure, but it felt like O'Keefe wasn't quite sure how to play her.

That issue aside, the other characters are fantastic. Detan and Tibs are a fun pair of crooks to follow, more good-natured scoundrels than villains. In fact, it is Detan's sarcastic, tongue-in-cheek narration that makes the story to entertaining. Watch Captain Ripka Leshe was a more than worthy foil (and reluctant accomplice) to their schemes, ex-Commodore Thratia Ganal is the kind of villain who just seems to get a little darker and a little more violent with each new revelation. Even the secondary characters are memorable, so much so that you start looking forward to how and where they'll slip back into the tale.

If you're a fan of old-school sword-and-sorcery, enjoy rooting for the Han Solos and Malcolm Reynolds of the world, and appreciate the mix of witty dialogue and slow-burning adventure, Steal the Sky is well worth a read.

Source: beauty-in-ruins.blogspot.ca/2016/01/fantasy-review-steal-sky-by-megan-e.html
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-12-15 12:49
Fantasy Review: The Shards of Heaven by Michael Livingston
The Shards of Heaven - Michael Livingston

Equal parts historical fiction, epic fantasy, and philosophical discourse, The Shards of Heaven is an altogether fascinating read. Opening with the assassination of Julius Caesar, the story details the war that took place between his heirs and allies, with Cleopatra, Marc Antony, and Caesarion (Caesar's son) on the side of Egypt, and Octavian (Caesar's great-nephew) and Juba (Caesar's adopted son) on the side of Rome.

It's with the role of Juba, however, that fiction begins to deviate from fact.Michael Livingston portrays Juba as a vengeful son, secretly plotting revenge against the world for his real father's defeat at the hands of Caesar. Further deviating from fact into fantasy, Juba has discovered the mythological trident of Poseidon, which also happens to be the equally mythological staff of Moses.

That, right there, is where the story really pulled me in. Anybody who has studied mythology knows that there are themes and stories that are common to faiths across the world. Livingston looks at the various mythologies of the ancient world - most notably those of Greek, Roman, and Jewish origin - and asks whether it is "possible that all the deities of the world were reflections of the same, single, united god?" Furthermore, in questioning why such a god allows bad things to happen, he suggests that god may actually be dead - an event that allowed The Shards of Heaven to fall to Earth, where they were harvested as magical talismans.

If that sounds a bit too cerebral, just wait until you see Poseidon's trident being used to raise up the seas and smash a ship to pieces with a massive watery fist. The power of the trident/staff terrifies Juba, and exhausts him in his attempts to control it, but it provides Octavian with the power to change the world. As terrifying as it is, however, the shard that became the Ark of the Covenant are speculated to be ever more incredible, with the power to destroy world. So, what we end up with here is a dual fantasy. On the one had we have a rather traditional bit of historical fiction that acknowledges the true powers of the ancient world, but which allows a cast of minor characters - historical footnotes, if you will - to drive the narrative forward. On the other hand, you have an epic fantasy that takes the seeds of faith and creates its own mythology. Everybody wants a shard of their own, as much for the mythological significance as the magical powers they contain, leading to a dual race against time as historians search and armies clash.

Definitely one of the most original fantasies I've read this year, The Shards of Heaven really does work on multiple levels. It's the mythology of the shards that intrigued me the most, and Juba who made me a fan of the story, but those looking for a solid historical tale of Egypt versus Rome will be equally satisfied.


Hardcover, 416 pages
Published November 24th 2015 by Tor Books

Disclaimer: I received a complimentary copy of this title from the publisher in exchange for review consideration.This does not in any way affect the honesty or sincerity of my honest review.
Source: beauty-in-ruins.blogspot.ca/2015/12/fantasy-review-shards-of-heaven-by.html
More posts
Your Dashboard view:
Need help?