logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: zaliczone-z-legimi
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2017-07-13 07:19
Niby thriller, ale jednak nie, czyli Guillame Musso po raz kolejny
Central Park - Guillaume Musso

Znany raczej z powieści należących do gatunku realizmu magicznego  Guillame Musso czasem jednak robi skok w bok. Tak było w „Telefonie od anioła”, i tak też jest w przypadku „Central Parku”. Ponownie staniemy się świadkami rodzącego się uczucia między dwojgiem ludzi, i ponownie nastąpi to w bardzo nietypowych, interesujących okolicznościach.

 

Bohaterów poznajemy na ławce w parku. Budzą się nie dość, że obok siebie, obcy, i nie dość, że spięci kajdankami (w sensie: ze sobą spięci), to jeszcze ani ona, ani on nie potrafią sobie przypomnieć końcówki poprzedniego wieczoru. Normalnie bym się takim początkiem niespecjalnie zainteresował – brzmi jak rozpoczęcie kolejnej powieści sensacyjno-kryminalnej z gatunku zabili go i uciekł, ale to jest Musso. Znając już jego kilka książek wiem, że można się spodziewać czegoś nieprzewidzianego, zaskakującego. A przy tym lektury lekkiej i niewymagającej. Super na lato.

 

I tak też jest; początkowy thriller wydaje się iść utartą ścieżką, podczas lektury po głowie chodzą nazwiska żyjących z tego gatunku rzemieślników, Tess Gerritsen, Alex Kava itp. Aż tu nagle przychodzi to, na co fan Musso czeka i od tego momentu trudno być niezadowolonym czytelnikiem. Książka faktycznie zbacza z drogi w kierunku zupełnie innych, nieprzewidzianych tematów, i pozostając lekturą lekką dostarcza jednak coś więcej, niż po prostu kolejny thriller z happy endem.

 

Czasem tak jest, że czytelnik robi sobie przerwę od literatury. Bo jakaś powieść go zmęczyła, bo zaczął kilka różnych, a żadna nie chce wciągnąć. I tu z pomocą przychodzi Guillame Musso – mój wybór numer jeden w takich literacko-kacowych sytuacjach. Przy jego książkach się odpoczywa wciąż jednak czytając, czyli można uciec od innego rodzaju kaca: wywołanego odstawieniem książek. Doskonały na chwile z cyklu chcę czytać ale sam nie wiem czego chcę, polecam, sprawdzone.

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2017-06-09 13:36
Powieść nadmuchana do granic możliwości, czyli o "Podpalaczce" Kinga
Podpalaczka - Stephen King

Powszechnie znaną prawdą o Stephenie Kingu, prócz tego, że jest bardzo utalentowanym twórcą, jest także fakt jego gadulstwa. Niejedna powieść, także te najlepsze, mogłaby być jeszcze bardziej udaną, gdyby pisarz powstrzymał swoje pióro i zwyczajnie ograniczył tę część opisów, które faktycznie nie wprowadzają wiele do lektury. Inną sprawą, że gadulstwo Kinga może się podobać, co mi się przytrafiło w przypadku powieści "Christine". Ale ja nie o tym dzisiaj, tylko o "Podpalaczce". Otóż nim cokolwiek powiem na temat fabuły jedno muszę rzec od razu: spośród wszystkich powieści Kinga jakie przeczytałem, ta właśnie zasługuje na Medal Prawdziwego Grafomana, bowiem tak ogromnej ilości kompletnie niepotrzebnych słów jeszcze w życiu nie widziałem. To jakiś rekord. Na końcu powieści powinien być wydrukowany dyplom z miejscem na uzupełnienie własnego imienia i nazwiska, dla tych, którzy będą potrafili dobrnąć do ostatniej strony.

 

Początkowo tego oczywiście nie widać. Przy pierwszych stronach książki czytelnik jest bardzo zadowolony, bowiem King, zupełnie jak w bardzo udanej według mnie "Martwej strefie" zamiast pisać horror tworzy thriller. Taki w stylu swojego odwiecznego konkurenta - Deana Koontza. Oto poznajemy uciekających ojca i córkę, uciekają przed jedną z setek tajnych amerykańskich organizacji rządowych, bowiem córka posiada moc pirokinezy - jest podpalaczką. Oczywiście jak na Kinga przystało w trakcie mieszania czasów akcji dowiemy się dokładnie skąd owa moc się wzięła, i mniej więcej w tym samym momencie lektura przestanie sprawiać czytelnikowi przyjemność i zacznie bywać nudna. A im dalej, tym gorzej, w końcu zaczyna brakować interesujących postaci, na których można skupić uwagę, ponadto King robi coś, co książkę de facto zabija: kreuje agentów rządowych w myśl zasady polskiego ludowego ORMO - czyli kompletnych idiotów, wykonujących ten zawód tylko przez fakt bycia istotą ograniczoną intelektualnie, dzięki czemu łatwą w sterowaniu, wykonującą polecenia bez męczącego zastanawiania się nad ich celowością.

 

W tym momencie czytelnik zupełnie traci zainteresowanie dla dalszych losów Charlie i Andy'ego, gdyż sprawa staje się zwyczajnie oczywista. King kompletnie nie dba o jakość swojej powieści, idąc ścieżką widoczną dla każdego, podążając nią do samego końca, przewidywalnego jak fakt nadejścia świtu po nocy. Jest to pierwsza książka Stephena Kinga, którą zdecydowanie odradzam; którą polecić mogę jedynie badaczom twórczości Mistrza, którzy potrzebują ją znać dla innego celu, niż sama lektura, ta bowiem jest zupełnie pozbawiona wdzięku, to materiał na dobre opowiadanie w stylu "Z Archiwum X" ale nie kilkuset stronicową powieść. Szkoda Waszego czasu.

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2017-05-26 13:27
Powrót „Nocarza” bardziej niż udany!
Młody - Magdalena Kozak

Na wieść o tym, że Magdalena Kozak w maju zamierza wydać napisaną po dłuższej przerwie kontynuację cyklu Nocarz, nie powiem, byłem bardzo „za”. Jest to jedna z tych serii, którą mam i na półce, i w wersji elektronicznej, i w ogóle całość zaliczyłem więcej niż trzy razy. Bardzo bawi mnie wizja wampirów wyposażonych w najróżniejsze rodzaje broni i zachowujących się jak jednostki specjalne. Stąd parę tygodni temu ponownie skończyłem pierwotną trylogię, a teraz, po przygodzie z Młodym mam ogromną nadzieję, że na tej jednej pozycji się nie skończy. Powrót do świata Vespera, Neksa, Ultora i reszty barwnych postaci jest bowiem czystą przyjemnością.

 

Przez tych parę lat u mnie się nic nie zmieniło w kwestii militariów, mundurów i broni – wciąż zadowala mnie pozycja obserwatora, w ogóle mnie to nie kręci. Mimo to autorka wciąż potrafi mnie zainteresować – i to jest ten element, którego tak brakowało mi we Fiolecie i Łzach diabła. Od dawna powtarzam, że Magda Kozak potrafi, że jeśli do otoczki militarno-wojennej doda dobrą fabułę i ciekawe postaci, tak doprawdy każdy rodzaj czytelnika będzie się dobrze bawił. A w przypadku cyklu nocarskiego mamy i jedno, i drugie.

 

Autorka rozpoczyna opowieść dokładnie tam, gdzie ją przerwała w tomie zatytułowanym Nikt. Głupio byłoby tu pisać o wydarzeniach, roli i miejscu Vespera, bowiem to zostało wyjaśnione w oryginalnej trylogii i nie będę nikomu psuł zabawy samodzielnego odkrywania kolejnych wydarzeń. Ograniczę się do stwierdzenia, że Młody w żadnym wypadku nie wygląda na skok na kasę lub odcinanie kuponów od popularności poprzedników. To pełnoprawny tom czwarty, choć ja mam ogromną nadzieję, że jednak tom pierwszy kolejnej trylogii czy innej większej całości. Nasz ulubiony wampir w typowy dla siebie sposób odnajduje się stopniowo w nowej dla siebie rzeczywistości, a Magdalena Kozak zaimponowała mi drobiazgowością w konstruowaniu kolejnych wydarzeń. To nie jest po prostu „jeszcze jedna przygoda w lubianym świecie”, tylko ponowne, totalne zaangażowanie czytelnika; prezentacja nie po prostu znanych i lubianych, ale zupełnie nowych opcji, możliwości i problemów. Przy tym są to problemy, które… cóż, Młody mocno mi się kojarzy z Renegatem, według mnie najlepszym tomem oryginalnej trylogii. Po prezentacji świata w Nocarzu niejeden z czytelników nie zgadzał się z pewnymi zdarzeniami, tradycjami, powinnościami. I nowa powieść oferuje, jak Renegat, podjęcie tematu, próbę przeprowadzenia zmian, ukazanie świata z perspektywy drugiej strony. Może brzmi to zawile, sorry, ale nie chcę niczego psuć, odkrywanie kolejnych wydarzeń jest dużą przyjemnością, tak, jak przyjemnością jest oglądanie Vespera przy pracy.

 

Fanom i czytelnikom znającym trylogię Młodego polecać nie trzeba. Wszystkim pozostałym polecam komplet powieści, to literatura rozrywkowa na bardzo wysokim poziomie, przedstawionego tu świata i bohaterów nie sposób nie polubić.

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2017-05-22 13:23
Eksperyment zdecydowanie nieudany, rzecz raczej tylko dla najwierniejszych fanów
Rok wilkołaka -

Zachwycając się powieściami takimi jak „Cujo” czy „Christine” najbardziej uderzał mnie talent autora do opisania czegoś prostego, pomysłu banalnego wręcz, w tak rozbudowany, ciekawy i pomysłowy sposób. Oto pisarstwo właśnie, to, co mnie z nóg zwala najbardziej – prosty pomysł ale wspaniałe., pełne polotu wykonanie. Niestety jednak każdy czasem może się potknąć, nawet Stephen King. Bo inaczej niż potknięcia i pomyłki nie potrafię nazwać tej miniatury, którą jest „Rok wilkołaka”.

 

Wytłumaczeniem formy ma być podobno zamówienie/prośba, aby autor przygotował coś niedługiego, zbudowanego z dwunastu fragmentów, co może znaleźć się na kalendarzu. King zatem wybrał postać wilkołaka, bo przecież jest autorem horrorów, a legendy mówią o przeobrażeniu w potwora w okresie pełni, czyli cyklu miesięcznym.

 

Mówi się, że autor po prostu się rozpisał – zresztą jest to wytłumaczenie, które obroni nawet najsłabszy adwokat, wszak wiadomo jak rozpisywać się King uwielbia. Dlatego z kalendarza nic nie wyszło, a „Rok wilkołaka” został wydany jako powieść, choć bardzo krótka. Sam sobie wyobrażam, że coś takiego powinno być przepięknie wydane, z ilustracjami (które faktycznie tu występują, także w wersji elektronicznej) i oddawane największym fanom jako specjalny okaz w ich kolekcji powieści Kinga. Coś na kształt trofeum. Bo wydanie książki dla niej samej… cóż, najlepsza to ona nie jest, stąd mój pomysł, bowiem tylko najwięksi fani prozy Mistrza tę pozycję docenią.

 

Jest to opowieść tak bardzo przewidywalna, tak bardzo pozbawiona elementu zaskoczenia, tak oczywista, że dziwię się, że nie funkcjonuje w sieci jako mem. Bo autentycznie mogłaby być czymś na kształt przysłowia, do którego czytelnicy by się odwoływali. – Wiesz, ostatnio czytałem to i to… I jak? Dobre? No, wyszedł taki „Rok wilkołaka”. Acha… No… – i aż czuć świadomość rozczarowania czytelnika, nic więcej dodawać nie trzeba.

 

Bardzo krótkie rozdziały ukazują kolejne ofiary w kolejnych miesiącach, w tle nieduże miasteczko, ale o ile zazwyczaj miasteczko i bohaterowie u Kinga bywają ciekawi, tak tu wszystko jest za krótkie by traktować postaci poważnie, nawet by je zapamiętać z imienia. Prawdę mówiąc aż brakuje typowych dla Kinga dłużyzn, brakuje by nagle powiedział: a, co mi tam, jedziemy jak zwykle! – i rozpisał historię na kilkaset stron, gdzie wilkołak byłby powodem tworzenia, ale treścią faktycznie bohaterowie i miejsce, w którym żyją. Bo znając możliwości Kinga „Rok wilkołaka” wygląda nie na coś po prostu krótkiego, ale raczej na coś szybkiego, stworzonego na kolanie byle jak, byle było.

Stąd uważam, że książeczka powinna być wydawana ekskluzywnie i najlepiej rozdawana przez autora fanom, bo nie wiem ile warto zapłacić za takie wykonanie, ale raczej mniej, niż więcej. A najlepiej nic.

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2017-05-22 13:15
Im prostszy pomysł, tym lepsza fabuła? Czyli znowu o Kingu z szacunkiem
Christine - Arkadiusz Nakoniecznik,Stephen King

„Christine”, podobnie jak „Cujo” jest pozycją, którą naprawdę trudno przegapić. Czy to ze względu na sławę autora, czy popularność filmów na podstawie książek – trudno znaleźć kogoś, kto by nie kojarzył, że Christine, to – ten, no wiesz, ten samochód, co mordował ludzi.

 

Pomysł brzmi prostacko. Nawet jeśli za punkt wyjścia weźmiemy założenie, że horror równa się bzdury, tak opracowanie pomysłu o mordującym ludzi samochodzie brzmi nawet wówczas nieco żałośnie.

 

Tym bardziej zachęcam do sięgnięcia po książkę, jest ona bowiem popisem takiego talentu pisarskiego i takiego polotu i swobody narratora, że nawet mordujący ludzi samochód jej nie jest w stanie zaszkodzić.

 

Bowiem King, jak na Urodzonego Pisarza przystało, przedstawia nam bohaterów i świat, w którym żyją tak lekko i naturalnie, że nim na poważnie zaczniemy rozważać opcje dotyczące samochodu zupełnie w ten świat wsiąkniemy. Spora część powieści pisana jest z perspektywy pierwszej osoby, przez przyjaciela postaci, która weszła w posiadanie Christine. Pokaz życia w końcówce lat siedemdziesiątych w USA to przygoda sama w sobie, King znany jest ze swady i nonszalancji w opisywaniu świata sobie doskonale znanego, i potrafi robić to w taki sposób, że po prostu w tym świecie się na czas trwania lektury żyje.

 

Historia przyjaźni nastolatków wkraczających w dorosłość, problemy w szkole, problemy z dziewczynami, problemy z rodzicami, problemy z kasą – to samo życie, i dzięki swobodzie pisarza identyfikujemy się z bohaterami od pierwszych stron powieści. Stopniowe odkrywanie, że z Christine jest coś nie tak zamiast powodować uniesienie brwi z zażenowaniem powoduje wzrost napięcia. King wplata morderczy pojazd w opowieść w taki sposób, że – MÓWIĘ POWAŻNIE – można się wystraszyć. Tak, tej bzdury na kółkach (dosłownie). Klimat wytworzony przez stopniowe wstawianie bariery w życie Andy’ego, bariery oddzielającej go coraz bardziej od przyjaciela, rodziców a nawet dziewczyny powoduje, że napięcie staje się tak potężne, iż dalsze wydarzenia nie zdają się już bzdurami, są wręcz oczekiwane, tak bardzo na miejscu.

 

Zastanawiałem się jak King osiągnął ten pułap, żeby z czegoś tak bardzo naciąganego zrobić tak dobrą opowieść. I doszedłem do wniosku, że mamy w Christine do czynienia z typowo kingowskimi dłużyznami, rozbudowanymi opisami nie zawsze interesującymi czytelnika – i że to paradoksalnie one przygotowały grunt pod stworzenie z tej nieprawdopodobnej historii rzecz aż tak wciągającą, i niemal rzeczywistą. Dbałość w przedstawianiu wszystkiego po kolei, dbałość w opisywaniu życia nastolatków i relacji między nimi a także świata, w jakim przyszło im żyć, świata tu i ówdzie zamkniętego, ale jednak w pewnych miejscach oferującego pewne możliwości, przy pewnym ryzyku rzecz jasna – dbałość o szczegóły. Owszem, nadmuchało to książkę, i niejeden czytelnik także tu (jak w wielu innych pozycjach Kinga) będzie szukał nożyc, tak jednak mi się wydaje, że nadmiar opisów Christine zamiast zaszkodzić – pomógł, bowiem ta bzdura, ta groteska, jaką jest mordujący ludzi Plymouth 1958 zamiast wzbudzać prychnięcia i lekceważenie potrafi wzbudzić strach. A to jest bezcenne.

More posts
Your Dashboard view:
Need help?