logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: literatura-skandynawska
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
show activity (+)
text 2015-09-23 11:27
Co nas nie zabije, to wywoła mieszane uczucia. Krótki tekst o kryminałach i miłości.
Co nas nie zabije - David Lagercrantz

Sięgając po "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet", złamałam jedną ze swych czytelniczych zasad – by trzymać się z dala od bestsellerów. Ale Kindla miałam wtedy od niedawna i należało coś na niego wgrać, a e-book był do wygrania w konkursie. 

 

W "Millenium" się zakochałam. W postaciach, w skomplikowanej fabule, w nieznanym mi wcześniej szwedzkim klimacie, w stylu Larssona, szczegółowym i rozwlekłym, dokładnie takim jak lubię. "Millenium" zapoczątkowało moje zainteresowanie skandynawską literaturą (głównie kryminałami), zresztą wybuchła w tym czasie moda na te tytuły. Przeczytałam więc Perssona, Wagnera, Edwardsona, Nessera, Høvsgaarda, Blædel, Läckberg, Rosenfeldta i Hjortha, Nesbø, Åsbrink. W kolejce czeka Renberg. Co ciekawe, najlepsze wrażenie zrobiły na mnie raczej nazwiska spoza "Czarnej Serii", te raczej nie promowane. Arne Dahl z serią o zespole A (wydawanym w e-booku, ze względu na prawa autorskie, od 5 tomu), Gaute Heivoll z "Zanim spłonę", Jan Guillou ze "Złem". Także "Grzech pierworodny w Wilmslow" Lagercrantza wspominam z sympatią. 

 

Ale żadna z tych książek, jak szybko zrozumiałam, nie jest "Millenium". Bo raz, że "Millenium" nazywane jest kryminałem niekoniecznie najtrafniej, a dwa – że to jednak inny kaliber. Historia stworzona przez Larssona, jak i jego styl, są wyjątkowe. Są inne. Wyróżniają się. Czy to znaczy, że Hesser czy Nesbø są źli? Oczywiście, że nie, bo nie o to mi w tym porównaniu chodzi. Chodzi mi o to, że "Co nas nie zabije" nie jest "Millenium" – jest jak wszystko inne. Jest kryminałem z "Czarnej Serii".

 

Pierwsza połowa tej książki niesamowicie mnie rozczarowała, właśnie dlatego, że odniosłam wrażenie, że czytam kolejny skandynawski kryminał. Lubię skandynawskie kryminały. I ten jest całkiem dobry. Zwyczajnie brakuje mu niesamowitości Larssona, co sprawia, że gdyby podmienić postaci, gdyby zrobić z tego zupełnie niezależną historię, prawdopodobnie bardzo by mi się podobała. Lagercrantz nie umęczył mnie tak jak Persson, nie było w nim takich językowych potknięć jak u Edwardsona (choć oczywiście trzeba pamiętać, że część to zapewne kwestia tłumaczenia). Lagercrantz potrafi pisać – stosuje zabieg z prezentowaniem tej samej sceny z punktu widzenia różnych postaci, co może się wydawać sposobem na zwiększenie objętości, ale po namyśle stwierdzam, że jednak mi się ta forma pisania spodobała, pozwalała na przedstawienie różnych perspektyw. Muszę też pochwalić fabułę i zaplecenie intrygi, bo ta rzeczywiście skojarzyła mi się z klimatem Larssona. Jest też dobrze rozplanowana i napisana, więc nie pogubiłam się w trakcie czytania. Ma wszystko, czego można by oczekiwać od tej opowieści – hakerów, mafię, wielkie pieniądze i rodzinne dramaty, a także sprzeciw wobec zła, które dotyka słabych i niewinnych.

 

Bo są takie momenty, gdy trochę ducha "Millenium" wyczuwałam – pojawiły się one w drugiej połowie książki, w rozmowie Blomkvista z Palmgrenem o dzieciństwie Lisbeth, rozmowie Blomkvista z Edem the Nedem, a także na sam koniec, gdy już intryga zostaje podsumowana. Pojawia się też najważniejszy wątek oryginalnej trylogii, mężczyźni nienawidzący kobiet. Zupełnie, jakby Lagercrantz pewniej czuł się wtedy, gdy nie musiał wymyślać własnych elementów, a jedynie odtwarzać dzieło Larssona.

 

Miłość do "Millenium" stawia mnie jednak w trudnej sytuacji. Nie wiem, na ile moje odczucia odnoszą się bezpośrednio do treści "Co nas nie zabije", a na ile są wypadkową sentymentu po lekturze sprzed kilku lat. Zresztą wiele osób narzekało, że to zwykły skok na kasę. Muszę powiedzieć, że po skończonej lekturze obudziła się we mnie obawa, że powstaną także kolejne książki z serii, o czym świadczą pewne napoczęte wątki. Wolałabym, żeby tak się nie stało, bo to jednak nie ten sam poziom opowieści. Sentymenty są mocne, domagają się uszanowania materiału wyjściowego...

 

Z drugiej jednak strony – czy tworzenie historii zależnych nie jest jedną z najpiękniejszych cech kultury? Czy te wszystkie "Rozważne, romantyczne i zombie", parodie i przeróbki, fakt, iż każda książka w Uniwersum Metro 2033 jest napisana przez innego autora, w końcu miliony fanfików do Harry'ego Pottera nie są znakiem prawdziwej miłości do literatury? Tak jest nie tylko z książkami, ale też filmami, serialami, grami. Nieustannie poszukujemy magii kryjącej się w fikcji. Wymyślone światy niezmiennie nas pociągają i pobudzają wyobraźnię. "Co nas nie zabije" nie jest najlepszą książką na świecie. Nie jest też godnym następcą "Millenium". Za to może być skokiem na kasę. Ostatecznie jednak wyrasta z tego samego uczucia co fanarty do "Supernatural" – z fascynacji historiami, które podbiły nasze serca.

 

Gdybym jednak miała coś Lagercrantzowi polecić, to by napisał własną serię. Po tej książce widzę, że potrafiłby to zrobić. A ja chętnie bym ją przeczytała. Może nawet bym ją pokochała.

Like Reblog Comment
review 2014-09-20 13:04
Pół na pół
Człowiek nietoperz - Jo Nesbø

Ta książka podobała mi się dokładnie do połowy. Mimo popełnionego morderstwa nie był szczególnie ciężki, postaci oddawały się różnym rozrywkom, Kensington opowiadał legendy Aborygenów. Niewiele czytam książek dziejących się w Australii, więc opis realiów, historii i społecznych napięć był wyjątkowo ciekawy. Poza tym książka jest dobrze napisana i czyta się ją w ekspresowym tempie.

 

Tyle że w połowie dochodzi do kolejnego, wyjątkowo brutalnego i widowiskowego morderstwa, a bohaterowie zaczynają biegać w kółko jak kurczaki z obciętymi głowami. Totalny chaos. Jakbym przeskoczyła go innej książki, nagle zrobiło się mroczno i ciężko. A szkoda, bo miałam nadzieję na trochę lżejszy kryminał, gdzie nie epatuje się psychopatycznym seryjnym mordercą. Dlatego zresztą przestałam czytać serię Val McDermid, bo po pewnym czasie ta cała przemoc, szaleństwo i mentalne rany robią się męczące i nudne.

 

Wolałabym, żeby to była prosta historia o policjantach szukających mordercy młodej dziewczyny. Choć takiego obiecała mi pierwsza połowa książki. Potem dostałam nadmierne przekombinowanie i dziwne motywacje.

 

To nie jest zła książka. Jest nawet całkiem dobra. Ale gdyby ją ciachnąć na pół - byłby dwie lepsze.

Like Reblog Comment
review 2014-08-11 11:34
Problem walki
Moja walka. Tom 1 - Karl Ove Knausgard

 Istotnym literackim wydarzeniem ostatnich miesięcy była publikacja polskiego przekładu Mojej walki. Wszystkie portale prześcigały się w recenzjach, chwaląc styl autora (co jest bardzo ciekawe, ponieważ odbiorca ma do czynienia z tłumaczeniem), stawiając tę książkę obok dzieł Prousta i Joyce’a oraz stwierdzając, że jest to pozycja nudna, zabijająca czytelnika mało wartką akcją i zbyt długimi akapitami. Tak samo jak ten wstęp.

 

Dziękuję wszystkim, którzy przez niego przebrnęli. Teraz pozwolę sobie przejść do recenzji pierwszego tomu Mojej walki autorska Karla Ove Knausgårda. Ustalmy rzecz najistotniejszą: jest to książka na miarę Prousta i Joyce’a. Ale nie mam na myśli genialności autora – bo to kwestia dyskusyjna i sam mam co do tego wątpliwości – tylko tematykę samego tekstu. Proust mierzy się z metaforą, pokazuje w jaki sposób można ją konstruować i wykorzystywać w prozie. Joyce to atak na samą formę powieści, eksperyment formalny, którego celem jest wydobycie przeźroczystości tekstu i pokazanie go czytelnikowi. A Knausgård próbuje opisać sposób, w jaki życie staje się literaturą, a to znaczy, że również mierzy się z zagadaniem formy, ale robi to inaczej, niż wymienieni wcześniej autorzy.

 

Z życiem, panowie pisarze, z życiem

 

Knausgård mierzy się z Życiem. Próbuje pokazać, gdzie i w jaki sposób staje się ono literaturą, jakich zabiegów wymagają wydarzenia, aby stać się atrakcyjne dla czytelnika. Istotne jest tutaj to, że książka ta – podobnie jak i Joyce oraz Proust – nie ma zachwycać fabułą, ale rozwiązaniami formalnymi. Jednocześnie Mojej walce daleko do literatury dla „specjalistów”. Wymaga ona znacznego obycia w kulturze literackiej, ale nie tej skandynawskiej, tylko zapoznania się z tekstami dotyczącymi pewnych ogólnych zasad i założeń istniejących w każdej jej lokalnej formie. Potrzebna jest tutaj umiejętność czytania wyrobiona w trakcie lektury tekstów metaliterackich.

 

Dopiero wtedy książka Knausgårda zaczyna nabierać kolorów. Czytelnik obserwuje w jaki sposób autor zmaga się z życiem, ale nie na płaszczyźnie autobiograficznej, tylko literackiej. Wyzwaniem jest umiejętne opisanie własnych losów, bez utracenia połączeń, dokonanie wyboru i nazwanie momentów przełomowych. Dopiero wtedy literatura zaczyna mówić o Życiu, ale czy o tym prawdziwym, czy podlegającym zabiegom estetyzacji? Knausgård daje jednoznaczną odpowiedź: Moja walka to nie tylko autobiografia mająca wymiar terapeutyczny, ale także wyraźne „upiększenie” własnej egzystencji. Przelanie życia na papier pozwala wymaga dystansu do własnego losu i umiejętności selekcji. Bez tych dwóch elementów, taka opowieść, staje się nieznośnie nudna. A tak nie jest w przypadku Mojej walki.

 

Oczywiście osoby, które poszukują fabuły pełnej zwrotów akcji – zawiodą się. W książce ważniejsze są różnego rodzaju formy stosowane przez autora. Inaczej podchodzi on do miłości, a inaczej do smutku. Twórca doskonale rozumie, że konkretne uczucia należy opisać w odpowiedni dla nich sposób. Zmienia rytm narracji i – co najważniejsze! – potrafi postawić się w roli odbiorcy. W końcu wszyscy pisarze zaczynają od czytania literatury, a dopiero później ją tworzą. U Knausgårda bardzo ważny jest proces oddzielania Ja Autobiograficznego od Ja Tworzącego Powieść. Na tej płaszczyźnie pojawiają się różnego napięcia, skrupulatnie opisywane przez autora. Moja walka polega na przelewaniu Życia w literaturę. Właśnie dlatego w treści pojawia się wiele komentarzy odautorskich. Książka jest wręcz na nich zbudowana, dopiero obok są wydarzenia.

 

Inna równowaga

 

Osobom, które nie są gotowe na zachwianie struktury narracyjnej i położenie większego nacisku na wypowiedzi autora – nie polecam Mojej walki. Natomiast czytelnicy poszukujący literackich wyzwań powinni koniecznie sięgnąć po tę książkę. Może się nie spodobać, ale hermeneutyczna zasada mówi, że teksty, które nas odrzucają mogą nas najwięcej nauczyć. Oczywiście o sobie.

 

Dla mnie Moja walka jest pozycja wyjątkową, najlepszą książką jaką przeczytałem przez ostatnie pół roku. Pozycja obowiązkowa dla tych, którzy uwielbiają literackie eksperymenty formalne.

 

Karl Ove Knausgård, Moja walka, tom 1

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014

okładka twarda, 520 stron

More posts
Your Dashboard view:
Need help?