logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: modernizm
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-01-30 22:23
Śmierć i życie wielkich miast Ameryki

 

Jane Jacobs

Centrum Architektury, 2014

 

Jak wygląda miasto każdy widzi. Bez względu na jego rozmiar, wiek, czy miejsce położenia, w każdym panuje ten sam harmider. Ogromne aglomeracje, które wyrosły w połowie XIX wieku na skutek rewolucji przemysłowej, zamieniły małe miasteczka w prawdziwe molochy, przeludnione siedliska nędzy i zarazy. Z nieprzyjemnymi warunkami starało się walczyć już wielu, raz po raz pojawiały się kolejne koncepcje zagospodarowania obszarów miejskich, które a to miały pogrążać się w zieloności ogrodów, a to piąć się do góry wraz z kolejnymi piętrami wieżowców. Kreślono fantazyjne wzory, wytyczano rygorystyczne strefy. Wielcy architekci doby modernizmu próbowali, ale ich plany jeden po drugim paliły na panewce.

 

W 1961 r. na rynku pojawiła się książka autorki, która również chciała uzdrowić miasta (zwłaszcza te, znajdujące się w USA), poddając pod krytykę nie tylko samoistny rozwój przestrzeni, ale również i pomysły innych architektów i urbanistów. Jane Jacobs kręci nosem zarówno na nieco już zakurzone pomysły Ebenezera Howarda, jak i na wciąż żywe (choć powoli odchodzące w zapomnienie) kontrowersyjne idee Le Corbusiera. Mówi stanowcze nie miastom rozrysowanym na kartce i twierdzi, że tereny zielone i przestrzeń, których tak spragnieni byli jej starsi koledzy po fachu, mogą czasami więcej zaszkodzić, niż przynieść pożytku.

 

Właściwie pisząc „koledzy po fachu” popełniłam pewne nadużycie. Jane Jacobs nie była bowiem ani architektem, ani urbanistą, tylko dziennikarką. Wystarczy jednak przeczytać kilka kartek jej książki, by przekonać się, że ten drobny niuans działa zdecydowanie na jej korzyść. Zamiast bowiem próbować przeforsowywać własne projekty zagospodarowania przestrzeni, uważając, że są one „jedyne i słuszne”, ona spogląda na otaczającą ją miejską rzeczywistość przede wszystkim z perspektywy jej mieszkańca i użytkownika. Innymi słowy „Śmierć i życie wielkich miast Ameryki” to nie manifest twórcy, ale głos jednego z nas.

 

Jak już wspomniałam, myślą przewodnią tej książki jest głównie polemika z modernizmem. Jeśli spojrzymy na datę wydania tej publikacji, nie powinna nas ta krytyczna postawa zupełnie dziwić. W latach 60. w Stanach Zjednoczonych stara gwardia powoli odchodziła w stan spoczynku, za rogiem czaił się już w nieco większym stopniu swojski postmodernizm. Tą swojskość szczególnie czuć w tekście Jacobs, która bardziej niż na planowaniu i nowoczesnych technologiach, skupia się na człowieku. „Miasto maszyna” brzmi może intrygująco, ale przecież jego funkcjonowanie nie polega na pracy trybików, tylko na interakcjach zachodzących w tkance społecznej. Dla niej ulica to nie pasmo, po którym suną samochody, ale miejsce wzdłuż którego żyją i funkcjonują ludzie. Bez nich miasto nie ma prawa bytu.

 

Pomysły Jacobs wydają się dziwne, aczkolwiek nie są zupełnie pozbawione sensu. Kręci ona bowiem nosem na parki, które zamiast zwabiać spacerowiczów, stają się miejscem schadzek typów spod ciemnej gwiazdy. Nie podoba się jej monotonia, stawia na urozmaicenie, mieszankę form i stylów. Zbyt wiele otwartej przestrzeni również nie ułatwia mieszkańcom życia. A jeśli chodzi o piękne samochody… Może lepiej porzucić je na rzecz komunikacji miejskiej? Na tym nie koniec. Autorka nie tylko koncentruje się na architekturze i socjologii, z czasem zamienia się w eksperta ds. ekonomii, który ma czelność wypowiadać się o dotowaniu mieszkań. Odważne posunięcie, trzeba jednak przyznać, że nawet w tej roli autorka wypada całkiem wiarygodnie.

 

Oczywiście, jak to już z każdym tekstem tego typu bywa, nie należy traktować go jak słowa objawionego i trzeba spojrzeć na niego krytycznie. Chociaż na pierwszy rzut oka dzieło Jacobs wydaje się być niezwykle profesjonalne, to jednak momentami pomysły autorki trącą naiwnością. Ot chociażby wizja ulicy, na której wszyscy sąsiedzi żyją ze sobą w wyśmienitej komitywie, nie tylko doskonale się znają, ale i są skorzy do wzajemnej pomocy. Opis dnia (nazwany przez autorkę tańcem) jest piękny, ale niestety nie do zrealizowania we współczesnych realiach. Człowiek człowiekowi wilkiem i nic nie wskazuje na to, by takie podejście miało ulec zmianie. Podobnie prezentuje się pomysł spełniania funkcji edukacyjnej przez chodnik. Z doświadczenia wszyscy wiemy, że jest to ostanie miejsce, które kojarzy się z bezpieczeństwem najmłodszych. Może w warunkach, w których żyła Jacobs było inaczej, choć jednak śmiem w to wątpić.

 

Czas odpowiedzieć sobie zatem na najistotniejsze pytanie: jak się ma wywód Jacobs do sytuacji w Polsce AD 2015? Można do niego podejść w dwojaki sposób. Z jednej strony możemy uznać, że tekst autorki jest ponadczasowy i pewne zjawiska po prostu nie uległy zmianie na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat, nie tylko w Ameryce, ale również i na starym kontynencie. Ale to nie wszystko. Choć nie lubimy o tym słyszeć, to jednak pod wieloma względami Polska jest opóźniona w stosunku do zachodu. Wystarczy sobie uświadomić, jak późno zawitał do naszego kraju postmodernizm (USA – późne lata ’60, Polska – ’90). Oczywiście obecnie serce większości młodych adeptów architektury kieruje się ponownie ku Le Corbusierowi, jednak rozum każe zostać przy Jacobs. Choć jej pomysły dzisiaj nie wydają się być kontrowersyjne, a niektóre stały się „oczywistą oczywistością”, to jednak wciąż się do nich nie stosujemy.

 

Książka „Śmierć i życie wielkich miast Ameryki” to dość obszerne dzieło, które powinien przyswoić sobie każdy architekt i urbanista. To zbiór cennych, niezwykle trafnych uwag, które warto wziąć pod uwagę planując każdą ingerencję w tkankę miejska. A co z dzieła Jacobs może wynieść zwykły czytelnik? Przede wszystkim świadomość miasta i błędów popełnionych przy jego projektowaniu. Nagle się okaże, że kwestie, które poruszał Filip Springer w "Wannie z kolumnadą" były już doskonale znane lata temu amerykańskiej dziennikarce. Choć tak jak wspomniałam: nie należy zapominać o krytycznym podejściu do pomysłów autorki i umiejętnym odniesieniu ich do naszych warunków czasowych i terytorialnych.

 

Na koniec jeszcze jedna rzecz, która rozczarowała mnie po pierwszym przekartkowaniu książki – brak ilustracji. Owszem, autorka we wstępie w zgrabny sposób wytłumaczyła się z braku materiału fotograficznego (zaleca nam spojrzeć na dowolne duże miasto), jednak mnie jej argumentacja nie przekonuje. Czasami jeden obraz mówi więcej, niż tysiąc słów, a nie wszystko można sobie dokładnie wyobrazić. Zwłaszcza, gdy autorka przywołuje konkretne miejsca i sytuacje. No cóż, nie można mieć wszystkiego.

 

Patrz również:

Miasto idealne

Like Reblog Comment
show activity (+)
text 2014-07-15 18:35
O bloku słów kilka

 

Miały poprawić warunki życia w przestrzeni miejskiej, stały się jej największym utrapieniem. Ich niepozorny wygląd miał zostać zrekompensowany starannie przemyślaną funkcjonalnością. Pomyślane dla dużych ośrodków, dziś spotykane są nawet w najmniejszych mieścinach. Choć ich budowa miała opierać się na dokładnym planie, patrząc na ich współczesne skupiska na pierwszy rzut oka trudno zauważyć w ich umiejscowieniu jakąkolwiek logikę. Bloki mieszkalne zamiast postępu i wygody, dziś wywołują w nas raczej odwrotne skojarzenia.

 

Patrząc na dzisiejsze blokowiska (do niedawna jeszcze szare, dziś mieniące się wszystkimi kolorami tęczy – fenomen, do którego jeszcze wrócimy) trudno uwierzyć, że miały one ułatwiać życie ich mieszkańcom. Jeszcze z większym problemem przyjmujemy wiadomość, że te wielkie zespoły mieszkaniowe nie są produktem totalitarnego Związku Radzieckiego, lecz wywodzą się z Francji (choć i tam w latach międzywojennych rodziły się pomysły pierwszych bloków). Skąd się one wzięły? Żeby poznać odpowiedź na to pytanie musimy cofnąć się o jeden wiek. A nawet odrobinę dalej.

 

XIX-wieczny Wiedeń

 

Zacznijmy od przełomu XIX i XX wieku, czasu wielkiej rewolucji przemysłowej. Miasta bez żalu porzuciły swoje rzemieślniczo-kupieckie oblicze i pozwoliły na to, by pomiędzy rynkami, kamieniczkami i kościołami wyrosły buchające czarnym dymem fabryki. Taki potwór, szczyt nowoczesności, to w końcu nieskończenie wiele korzyści: szybsza i bardziej efektywna praca oraz wiele nowych miejsc zatrudnienia. Nic dziwnego, że miasta niczym magnes zaczęły przyciągać mieszkańców pobliskich wsi, co w rezultacie spowodowało masowy transfer ludności z obszarów wiejskich do większych ośrodków, ostatecznie prowadząc do ich przeludnienia. Kamienice pękały w szwach, na nic zdawały się budowane osiedla robotnicze. W obliczu braku schronienia, przybysze często osiedlali się w miejscach, które do zamieszkania wcale się nie nadawały. O tym, jak źle wyglądała ta sytuacja, niech poświadczy sporządzony w 1917 r. spis wiedeńskich mieszkań*. Okazało się, że 92% mieszkań nie posiada własnej toalety, 95% nie zostało podłączonych do instalacji wodociągowej, średni metraż mieszkania to 30m2, 58% mieszkańców nie ma własnego łóżka, wiele z nich żyje w ślepych kuchniach, brak okien doskwierał również i w pokojach.

 

Nic więc dziwnego, że głównym zadaniem ówczesnych architektów, było znalezienie wyjścia z tej uwłaczającej godności człowieka sytuacji. Uporządkowanie tak zdewastowanej tkanki miejskiej graniczyło z cudem, dlatego wielu z nich zajęło się projektowaniem zupełnie nowych założeń miejskich, różnych od tych dotychczasowych. Pomysły te nasiliły się zwłaszcza w 20-leciu międzywojennym wraz z nadejściem modernizmu, kierunku głoszącego zasadzę szeroko pojętego funkcjonalizmu. Zamiast spontanicznego rozwoju miał być przemyślany plan, wąskie alejki miały zastąpić szerokie ulice, wyłożone kamieniem place miały ustąpić miejsca pasom zieleni, a zamiast mało wydajnych domów i kamienic miały powstać bloki i wieżowce, które pomieściłby niezliczoną ilość mieszkańców, gwarantując im tym samym dogodne warunki.

 

Jednostka mieszkaniowa

 

Za ojca blokowisk powszechnie uważa szwajcarskiego architekta Le Corbusiera, który swoje oczarowanie samowystarczalnymi okrętami pasażerskimi zdecydował się uwidocznić w funkcjonalnej jednostce mieszkaniowej. Pragnął on stworzyć „maszynę do mieszkania”, miejsce, które nie będzie jedynie noclegownią (i to w dodatku mało wygodną), ale schronieniem, w którym właściciel będzie chciał przebywać. Budynek miał oczywiście być zgodny z głównymi założeniami modernizmu, zarówno z tymi gwarantującymi dostęp do światła, powietrza i zieleni, jak i z tym nawołującym do zaniechania wszelkiej ornamentacji. Choć plany stworzenia takiej konstrukcji chodziły mu po głowie już od lat 20 minionego wieku, to na ich realizację musiał poczekać aż do roku 1952. Wówczas w Marsylii stanął wsparty na słupach, 12-piętrowy betonowy blok. Jego pragnienie, by podobnie jak w przypadku okrętu i tutaj wszystkie ważne sprawy można było załatwić nie opuszczając były budynku, zostało spełnione. Wewnątrz, prócz 337 dwupoziomowych apartamentów, znalazło się miejsce na sklepy, restaurację, zaplecze sportowe i medyczne, przedszkole i żłobek a także księgarnię i hotel. Na płaskim dachu udało się wygospodarować przestrzeń na niewielką sadzawkę dla dzieci i ogród. Pasy okien zapewniły dostęp światła a ukryte w piwnicy maszyny odpowiadały za klimatyzację i ogrzewanie mieszkań. Eksperyment się udał.

 

Idea jednostki mieszkaniowej szybko obiegła niemal cały świat. Budynek ten wprost promieniał doskonałością – był niezwykle wydajny, a przy tym koszty jego budowy wydawały się być rozsądne. To było idealne rozwiązanie dla przeludnionych miast krajów bloku wschodniego, w tym również cierpiącej na powojenny deficyt mieszkaniowy Polski. Pomysł Le Corbusiera musiał jednak zostać poddany kilku przeróbkom. Jedno przestronne (w dodatku dwupoziomowe!) mieszkanie może pomieścić w sobie kilka mniejszych i dać schronienie większej ilości rodzin. Szybko wprowadzono również inne ograniczenia. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikały kolejne udogodnienia: balkony, okna w kuchniach, o zagospodarowaniu dachu nie mogło być nawet mowy. Z „świętej trójcy modernizmu” (słońce, przestrzeń, zieleń) zostało tylko to ostatnie zachowane w postaci trawnika i kilku nasadzeń drzew. Oszczędzono również na materiale służącym do budowy. Popularną jeszcze w latach 50. cegłę później zastąpiono tańszym materiałem gotowym. Wielka płyta co prawda wpisywała się w marzenia modernistów o składaniu domów z prefabrykatów, jednak to, co miało być symbolem postępu i nowoczesności, po kilku latach zaczęło zawodzić.

 

Superjednostka

 

Kto zawinił? Raczej nie można obarczać winą architektów, oni akurat przeważnie chcieli dobrze. Wystarczy przypomnieć sobie słynny Przyczółek Grochowski, który w zamierzeniu twórcy, Oskara Hansena, miał być idealnym miejscem do zamieszkania, jednak ograniczenia nałożone przez władzę oraz samowolna ingerencja w projekt nie pozwoliły wcielić mu ich w życie. Funkcjonalne osiedle przerodziło się w miejsce, w którym dojście do własnego mieszkania wiąże się z pokonywaniem wielu kilometrów. Nie inaczej było z katowicką Superjednostką Mieczysława Króla, która miała być polską odpowiedzią na marsylskiego giganta, czy tryskającymi zielenią Sadami Żoliborskimi Haliny Skibniewskiej. Choć w początkowej fazie o mieszkaniu w jednostce marzyli niemal wszyscy, bez względu na grupę społeczną, to jednak wkrótce zapał osłab (podobnie jak z marzeniem o małym fiacie). To, co na początku lat 60. wciąż kusiło nowoczesnością, na początku lat 90. było już utożsamiane jako siedlisko zła, mającego zgubny wpływ na młodzież (słynni „blokersi”). W Polsce eksperyment się nie powiódł.

 

Pruitt-Igoe

 

Polska nie jest osamotniona w swojej nienawiści do blokowisk. 15 lipca 1972 o godz. 15:32 w St. Louis w stanie Missouri dokonało życia Osiedle Pruitt-Igoe. Zamieszkujący je Afroamerykanie znienawidzili swój dom do tego stopnia, że zaczęli go na własną rękę demolować. Podłożenie dynamitu uchroniło budynek przed powolnym okresem rozkładu a przy okazji, zgodnie z interpretacją Charlesa Jencksa, stało się symbolicznym zakończeniem ery modernizmu. Swoją drogą to nie był ostatni budynek autorstwa Minoru Yamasakiego, który obrócił się w gruz. W 9 września 2001 roku w Nowym Jorku dwie bliźniacze wieże jego projektu spotkał równie tragiczny los.

 

W Polsce nie wyburzamy starych osiedli. Nie lubimy blokowisk, ale wciąż stanowią one jedyne rozwiązanie mieszkaniowe dla tych, których nie stać na dom ani na nowoczesny apartamentowiec. Zamiast niszczyć, konserwujemy. I to jak! Szare płyty zostają pokrywane taflami styropianu, który szybko zaczyna się mienić wszelkimi dostępnymi kolorami tęczy, pojawiają się geometryczne wzory a nawet ascetyczna elewacja może zamienić się w prawdziwy obrazek. W ten sposób popadliśmy ze skrajności w skrajność, depresyjna szarość przerodziła się w kicz sprawiając, że problem blokowisk wcale nie został rozwiązany i prawdopodobnie musimy się z tym pogodzić.

 

Retkinia, Łódź (fot. własna)

 

Jaki będzie dalszy los polskich bloków? W obecnej chwili trudno cokolwiek na ten temat powiedzieć. Te bardziej oryginalne (jak chociażby wspomniana już Superjednostka) z pewnością zostaną uznane za zabytki, zwłaszcza teraz, gdy tak dużo mówi się o ochronie budowli modernistycznych. Inne za pomocą murali zamienia się w dzieła sztuki, zapewniając im tym samym dłuższy żywot. A co z resztą? Czy kiedyś podzielą los Pruitt-Igoe i rozpadając się na kawałki uwolnią tak cenny w dzisiejszych czasach grunt? A może wtopiły się tak dobrze w krajobraz Polski, że nie potrafimy sobie wyobrazić już bez nich życia?

 

***

A już wkrótce, za sprawą książki "Bielajewo: zabytek przyszłości" wybierzemy się na spacer do pewnego rosyjskiego blokowiska, które zupełnie przypadkowo stało się inspiracją dla wielu artystów i poetów. Jak postuluje autor książki, Kuba Snopek, to miejsce powinno zostać uznane za zabytek. Czy ma rację?

 

 

Po więcej informacji na temat a) polskiej architektury PRL-u oraz b) pastelozy odsyłam do następujących książek Filipa Springera:

a) Źle urodzone

b) Wanna z kolumnadą

 

 

*Wilfred Koch Style w architekturze, Świat Książki, 2013

Like Reblog Comment
text 2014-05-07 10:26
Bauhaus

 

Rok 1919 – większa część Europy powoli otrząsa się z zawieruchy wywołanej Wielką Wojną, nie przeczuwając jeszcze, że za 20 lat nadejdzie kolejna, jeszcze większa od poprzedniej. W nowo powstałej Republice Weimarskiej wrzało. Po przegranej wojnie państwo to musiało stawić czoła pogłębiającemu się kryzysowi, który pociągał ze sobą zastępy niezadowolonych obywateli skorych do wszczęcia walk. Wśród tej zawieruchy i nieporządku niepostrzeżenie wyrosła instytucja, której udało się zmienić świat sztuki – Bauhaus, weimarska uczelnia artystyczno-rzemieślnicza.

 

Zaprojektowana przez Gropiusa siedziba Bauhausu w Dessau

 

Bauhaus powstał w wyniku połączenia dwóch szkół – Akademii Sztuk Pięknych w Weimarze oraz Szkoły Rzemiosł Artystycznych. Tej śmiałej decyzji (akademikom wówczas takie ujednolicenie nie przeszłoby nawet przez myśl) dokonał Walter Gropius, architekt, który zyskał uznanie po zaprojektowaniu Fabryki obuwia Fagus w Alfeld. Była to konstrukcja, która swoją przejrzystością, minimalizmem i pozbawioną wszelkiej ornamentyki elewacją w postaci szklanej kurtyny ustanowiła podwaliny pod nowy styl architektoniczny – modernizm. Poprzez założenie Bauhausu Gropius chciał dokonać kolejnego, rewolucyjnego precedensu i stworzyć egalitarne miejsce, w którym nastąpiłaby synteza górnolotnej sztuki z jej przyziemnym zastosowaniem.

 

Założenia szkoły Gropiusa różniły się znacznie od programów innych szkół dedykowanym sztuce. Jego student bardziej niż znajomością długich i burzliwych dziejów historii sztuki, powinien w procesie tworzenia kierować się własną intuicją. Zamiast sugerować się dokonaniami poprzedników, powinien sam szukać rozwiązań, dając tym samym upust swojej kreatywności. Taki tok myślenia wpisywał się idealnie w założenia modernizmu, który silnie odcinał się od całego dziedzictwa kulturowego, by zamiast po raz kolejny „odradzać odrodzenie”, stworzyć sztukę dopasowaną do wieku XX. Czasów, w których mechanizacja umożliwiała produkcję masową i kiedy funkcjonalność stanowiła słowo klucz. Sztuka miała służyć ludziom, a nie sobie samej.

 

Bauhaus promował wiele kierunków sztuki: od architektury, przez malarstwo aż po teatr, czy taniec. Wszystkie one nauczane były nie oddzielnie, jak to miało miejsce na tradycyjnych uczelniach, lecz promowano kompleksowe podejście do wszystkich zagadnień powiązanych ze sztuką. Jednak właśnie dzięki naciskowi na funkcjonalizm dziś w dużej mierze, za wyjątkiem architektury, kojarzy się on z designem. Sztuka użytkowa do tej pory zarezerwowana była dla rzemieślników i nie miała nic wspólnego z artystami, którzy oddawali się tzw. sztukom pięknym. Gropius zdecydował się udowodnić, że produkty codziennego użytku również mogą stać się prawdziwymi dziełami sztuki, a praca nad nimi w niczym nie uwłacza artystom. Styl promowany przez szkołę oczywiście w niczym nie przypominał poprzednich technik zdobnictwa. Studenci i ich nauczyciele odcinali się od przeszłości. Wymyślna ornamentyka odeszła w zapomnienie, podobnie jak tradycyjne materiały (na czele z drewnem), które zostały zastąpione metalem. Nowe projekty były proste, oparte w dużej mierze na geometrii. Dzięki minimalizmowi ich produkcja była znacznie łatwiejsza, co znalazło oczywiście odbicie w dostępności produktu dla klienta.

 

Zestaw kawowo-herbaciany Marianne Brandt

 

Oczywiście w szkole o tak innowacyjnym curriculum należało zatrudnić odpowiednie grono pedagogiczne. Zamiast renomowanych profesorów, studentów nauczali praktycy, którzy zamiast przed nazwiskiem dopisywać kolejne stopnie naukowe, woleli nawiązując do starej tradycji tytułować się mianem mistrza. Do grona wykładowców oprócz samego Gropiusa należeli m.in. Hannes Meyer (architekt, od 1928 roku dyrektor Bauhausu), Ludwig Mies van der Rohe (architekt, twórca jednego z haseł modernizmu „mniej znaczy więcej”, ostatni dyrektor Bauhausu) oraz malarze reprezentujący styl abstrakcyjny: Wassily Kandinsky, Paul Klee, László Moholy-Nagy. Jednym słowem była to śmietanka ówczesnej sztuki nowoczesnej, młodzi artyści, którzy zdecydowali się tradycyjny kaganek oświaty zamienić w nowoczesną lampę Wagenfelda i Juckera.

 

W 1933 roku z map zniknęła Republika Weimarska, w tym samym czasie bezpowrotnie zamknęły się również drzwi Bauhausu. Do władzy doszli Naziści zmieniając kraj w okrytą niesławą III Rzeszę silnie odwołującą się do bogatej historii i tradycji narodu Niemieckiego. W takim ustroju nie było miejsca dla sztuki abstrakcyjnej, która za nic miała klasycznych twórców. Szklane kurtyny zastąpiły potężne kolumny i łuki triumfalne, powracając tym samym kolejny już raz do pradawnych czasów Cesarstwa Rzymskiego. Nic więc dziwnego, że przedstawicielom ówczesnych władz nie w smak była działalność Bauhausu. Pomimo wielu wysiłków placówka zakończyła swoją działalność, a jej artyści zostali uznani za reprezentantów sztuki wynaturzonej. I chociaż w późniejszych czasach próbowano wznowić działalność szkoły, nigdy nie doszło to do skutku. Bauhaus stał się kolejnym zamkniętym rozdziałem w historii sztuki.

 

Krzesło Breuera o dość mylącej nazwie Wassily

 

Choć Bauhaus nigdy nie przyjął kolejnych studentów, to jednak idee, które sobą reprezentował żyją po dziś dzień. Osoby związane ze szkołą znalazły schronienie przed II Wojną Światową w rożnych miejscach na świecie, gdzie w dalszym ciągu szerzyły swoje idee i, co najważniejsze, nadal tworzyli. Dziś słowa Bauhaus używa się już nie tylko w odniesieniu do uczelni, lecz również jako określenie stylu, jaki sobą reprezentowała. Mówi się również, że to właśnie tam narodził się styl międzynarodowy, choć sam Gropius odnosił się do takiego określenia negatywnie. Druga siedziba uczelni, przeniesiona z Weimaru do Dessau, przez wielu jest traktowana jako symbol modernizmu. Do dziś w obiegu pozostają przedmioty o projekcie silnie inspirowanym tworami Bauhausu, żeby się o tym przekonać wystarczy przejść się do najbliższej Ikei. Marcel Breuer ze swoim krzesłem zapoczątkował modę na tak popularne ostatnio siedziska ergonomiczne. Aż trudno uwierzyć, że od momentu, w którym przekroczył on próg tej uczelni, minęło już 95 lat.

 

 

Więcej o tym, co do powiedzenia miał założyciel Bauhausu, Walter Gropius, można przeczytać w wydanym przez Karakter zbiorze jego esejów Pełnia architektury. Recenzja książki już wkrótce.  

More posts
Your Dashboard view:
Need help?