logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: filmy
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
review 2020-09-15 07:16
Recenzja: Netflix, jak to się udało

Nie jestem wielkim zwolennikiem Netfliksa, ale jest to niezaprzeczalnie fenomen rynku usług elektronicznych. I bez dwóch zdań można w jego przypadku użyć ulubionego stwierdzenia autora recenzowanej książki, że także polscy „użytkownicy to pokochali”. Mowa tu o książce zatytułowanej „Netflix. To się nigdy nie uda” autorstwa Marca Randolpha. napisana nie przez byle kogo, bo Marc Randolph był także współzałożycielem tej firmy.

 

Marc Randolph „Netflix. To się nigdy nie uda”

 

Dziś Netflix jest synonimem abonamentowej wypożyczalni, opartej na automatycznym ściąganiu pieniędzy co miesiąc z karty użytkownika. Według tego, co pisze autor, to on był też pomysłodawcą obciążania klientów właśnie w ten sposób, a więc nie dlatego, że się na coś zgodzili, lecz tego nie odmówili. Efektem są rosnące obroty wielu firm stosujących ten sam chwyt, ale i raz po raz wylewane żale osób, które zapomniały wyłączyć jakąś usługę podpiętą „promocyjnie” do ich konta. W książce opisana jest znamienna scena, w której drugi z założycieli Netfliksa twierdzi, że takie postępowanie jest nieetyczne. Ale wątpliwości mijają, gdy dochodzi do konstatacji, że tak firma będzie ściągać pieniądze szybciej, łatwiej i więcej. i w sumie o tym jest ta opowieść jak dla mnie.

 

„– Nie możesz po prostu naliczać komuś opłaty, nie pytając o zgodę – oznajmił Reed. – To totalnie nieetyczne.

Ale totalnie normalne – przekonywałem. – Nie zamówiłeś nigdy subskrypcji jakiegoś magazynu?

Nie podoba mi się to.

Mają szansę dostać coś zupełnie za darmo – ciągnąłem. – A my mamy szansę na złapanie ich na haczyk. Coś za coś. Od samego początku znają zasady.

Może zapomną.

Słuchaj, jeśli oferta podobała im się na tyle, żeby podać nam numer karty kredytowej, są szanse, że polubią nas na tyle, by pozwolić nam go zachować.”

Marc Randolph „Netflix. To się nigdy nie uda”

 

Autor w kółko pisze o „kulturze startupów” tak, jakby to było niebywałe osiągnięcie społeczno-ekonomiczne. Raz po raz podkreśla, jak pięknie jest pracować od świtu do wieczora w nowopowstałej firmie, nie dbając o dni wolne, urlopy, właściwą dietę czy rodzinę. Co prawda autor próbuje dbać o swoją rodzinę, ale jak to bywa we prywatnych firmach – założycielowi i współwłaścicielowi jakoś to łatwiej przychodzi. Choćby z tego powodu, że to on decyduje o siedzibie firmy w pobliżu swojego domu, tudzież trudno go wylać z roboty bo na przykład sobie wziął wolne w niewłaściwym momencie. Ale nawet zwalnianie pracowników wydaje się w tej książce sukcesem. Może nie akurat sukcesem pracowników, którzy zostali ściągnięci podczas zakładania Netfliksa z innych firm, w których dobrze zarabiali. Może akurat nie tych pracowników, którzy zgodnie „kulturą startupów” oddawali firmie całe swoje dnie a może i noce. Może akurat nie tych pracowników, którzy znakomicie pracowali. Ale było to dobre dla firmy, której priorytetem jest zarabianie pieniędzy, aby przyciągnąć inwestorów, którym można sprzedać akcje za jak największą kwotę, aby współzałożyciele mogli swoje udziały spieniężyć ze stukrotnym zyskiem.

 

Druga sprawa „kultury startupów” odnosi się do klientów. I tu oczywiście ważne jest, żeby „oni to pokochali”. Ale biada im jeśli pokochali coś, co się firmie mniej opłaca niż jakaś nowa forma zarabiania. Wtedy na przykład muszą pokochać abonament za 20 USD i porzucić miłość do abonamentu za 10 USD. Albo się odkochać. Dla firmy „kultury startupów” oczywiście zawsze najważniejsze jest zadowolenie klientów... Ale jeśli na przykład trzeba poświęcić „miłość” 100 tys. klientów przynoszących mniejszy zysk niż 50 tys., na których można zarobić więcej, to trudno. Zmienia się ofertę tak, aby pasowała do większych zysków. Zysk okazuje się ważniejszy, a klienci? Może da im się wmówić nową miłość.

 

Mimo mojego marudzenia na gloryfikację „kultury startupów” uważam, że to bardo pouczająca i całkiem fajnie napisana książka, chyba dość dobrze oddająca zarys drogi do sukcesu globalnej marki. Szczególnie warta jest ona polecenia tym, którzy marzą o założeniu firmy, która podbije świat. W książce można przeczytać bardzo budujące rady o tym między innymi, że pierwsze dziesięć milionów dolarów zainwestowane przez współzałożycieli i pierwszych inwestorów to mogą być pieniądze stracone. Można się też dowiedzieć, że zwolnienie 40% dobrze pracującej załogi to sukces, bo pozostałe 60% procent to już same gwiazdy, które dadzą z siebie firmie jeszcze więcej, by nie zostać balastem wyrzucanym za burtę, gdy firmowa łódź stanie się zbyt ociężała. Można też przeczytać, że warto podążać za swoimi marzeniami (szczególnie jeśli ma się kolegę, który zainwestuje w nie dwa miliony dolarów). Polecam szczególnie osobom zainteresowanym szeroko pojętą Doliną Krzemową. Po niewydanej w Polsce „Piloting Palm” Andrei Butter i Davida Pogue, po biografiach „Innowatorzy” i „Steve Jobs” Waltera Isaacsona oraz „Jednym kliknięciem” Richarda L. Brandta, to kolejna ciekawa pozycja na ten temat.

 

Dolina Krzemowa w literaturze

 

„Piloting Palm” Andra Butter, David Pogue

„Innowatorzy” Walter Isaacson

„Steve Jobs” Walter Isaacson

„Jednym kliknięciem” Richard L. Brandt

„Netflix. To się nigdy nie uda” Marc Randolph

 

Na koniec chcę podkreślić – szanuję pracę i pomysłowość zarówno autora książki jak i innych uczciwych przedsiębiorców. Ale twierdzenie, że „ludzie coś pokochali”, gdy chodzi o zwykłe nakłonienie ich do wydawania pieniędzy, uważam za zwykłe wciskanie kitu. A skoro o zarabianiu mowa, to zgarnięcie setek milionów dolarów za kilka lat pracy jest z kolei (moim zdaniem) zwyczajnie niemoralne, szczególnie w obliczu wcześniejszego wywalenia z roboty znakomitych pracowników, którzy zostali uznani za balast.

 

Recenzowanego e-booka można kupić m.in. w księgarni Ebookpoint czy LitRes (w LitRes podając kod 10CYFR przy zakładaniu konta – zakładka „Kupon” – otrzymasz 10 PLN zwrotu za zakupy o wartości 20 PLN).

Like Reblog Comment
text 2015-07-06 23:47
Byłem na Mad Maxie

 

Tak... to niesamowite, jak bardzo tak głupie i banalne, balansujące na granicy kiczu historyjki potrafią dać radość z oglądania:)

 

A Tom Hardy mógłby zagrać kamień, i tak dla niego warto chodzić na filmy.

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-01-16 16:53
Niezłomny - książka i film.

 

Ciężko mi to pojąć, ale z książki Hobbit potrafią zrobić kinową trylogię, a z Niezłomnego tak krótki film. Wiem, że chodzi o pieniądze, ale dalej nie przyjmuję tego normalnie. Nie pojmuję również wytypowania nazwiska reżyserki, która nie ma doświadczenia, a takie przydałoby się w filmie o tematyce wojennej. Nie będę wymieniał nazwisk reżyserów, którzy sprawdziliby się lepiej, ale mógłbym wymienić takich kilka.

 

Jednak wrócę najpierw do książki, która jest rewelacyjna i daje mocnego, pozytywnego kopa. Jeśli tak można napisać o historii człowieka, który przeżył piekło. Na mnie takie tytuły działają motywująca, bo wiem wtedy, że człowiek może przeżyć najgorsze rzeczy, jeśli tylko wierzy i ma silną wolę. W moim przypadku jest z tym ciężko, dlatego "Niezłomny" pozytywnie nastawił mnie na kilka miesięcy.
Książkę czyta się jednym tchem, a mi zajęło to dwa dni. Uwierzcie mi, że ciężko się od niej oderwać i można zarwać nocki przez ten tytuł. Po prostu trzeba wiedzieć co czeka bohatera na następnych stronach. Dawno nie czytałem książki, która tak działa na moją wyobraźnię. Nie napiszę, że czułem to samo co Louis Zamperini, bo musiałbym przeżyć to wszystko, ale ma się dziwne wrażenie, że jest się koło niego. Książka jest napisana lekko i bez zbędnych fajerwerków. Wplecione są w niej jedynie krótkie statystyki, liczba ofiar i krótkie historie innych bohaterów.

Czasami ciężko pojąć, to co działo się z bohaterem i ma się wrażenie, że jest to zmyślone. W pewnych momentach człowiekowi wydaje się, że jedna osoba nie może przeżyć takiego piekła w tak krótkich czasie. "Niezłomny" wzruszyć może nawet najtwardsze osoby i tak było też ze mną. Nawet życie po wojnie nie jest usłane różami. Dlatego ciężko mi pojąć, to co zrobiła Angelina Jolie.

 

Na Filmwebie oceniłem film na 7/10, ale tylko ze względu na opinię znajomych, z którymi byłem w kinie. Gdy ktoś nie czytał książki to pewnie mógłby dać jeszcze wyższą ocenę. Osobiście mi ocena wyszła 5/10, ale uśredniłem ją z ocenami bliskich. Po przeczytaniu książki wiedziałem, że nie wyjdzie z tego wybitne dzieło. Z tej książki na pewno trzeba zrobić film trwający przynajmniej 3 godziny, w którym trzeba zadbać o szczegóły. Niestety, szczegóły zabiły tę produkcję, która wyglądała jak nieszczęśliwa historia, a nie najgorsza rzecz jaka może przytrafić się człowiekowi. Pomijam pewne rozbieżności, bo w pewnych momentach sceny musiały być zmienione na potrzeby filmu.

 

Dlatego zachęcam najpierw do przeczytania książki, a później do oglądania filmu. Jeśli jednak ktoś już obejrzał tę produkcję, to musi pochłonąć książkę i przekonać się, że historia Louisa Zamperiniego jest o wiele dłuższa i niestety bardziej brutalna niż pokazano to w filmie.

Dodatkowo dochodzi średnia gra aktorska pewnych osób. Główny bohater pasował nawet bardziej niż sobie to wyobrażałem. Jednak oprawca w obozie japońskim nie podszedł mi w ogóle. Wiele osób przeszło największe gówno przez niego, a w filmie w ogóle tego nie odczułem. Była to rola byle jaka i obojętna do maksimum.

Like Reblog Comment
show activity (+)
video 2014-02-24 17:11

Co się dzieje po zamknięciu księgarni, czyli nocne życie książek:)

Source: www.joemonster.org
Like Reblog Comment
show activity (+)
text 2013-11-04 13:48
Literadar - Skład popkultury. Już dostępny, a w nim 160 stron!

 

Niby ten sam, ale odświeżony. Literadar doczekał się nowej wersji. Internetowy magazyn zmienił nazwę na "Literadar - Skład popkultury". Wiedzieliśmy, że tak będzie. Wiedzieliśmy również, że nowe wydanie pojawi się 5 listopada. Jednak, ku mojemu zaskoczeniu, magazyn pojawił się już dziś. W Literadar nie tylko dodano nowe treści (filmy i gry), ale zmieniono również serwis, na którym jest udostępniany. Wcześniej pojawiał się na Issuu, a teraz na Calameo. Niektórzy mogą czuć się zawiedzeni. Calameo nie posiada żadnej aplikacji na telefony i tablety. Trzeba sobie poradzić w inny sposób. Wystarczy pobrać plik z serwisu. Moim zdaniem jest to minus, ale ja nie skreślam Literadar z tego względu.

Długi czas czekałem aby ponownie pojawił się Filmradar, ale nie było mi dane ujrzeć tego magazynu. Na szczęście połączono Literadar i Filmradar w jeden magazyn i dodano sekcje z grami. Taka forma mi odpowiada. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Są krótkie opisy materiałów, dłuższe recenzje i wywiady. To jest lektura na kilka dni. Tego nie można ogarnąć w jednej chwili. Widać, że materiały nie były pisane na kolanie i nad niektórymi trzeba się dłużej pochylić.

Nie pozostaje mi nic innego jak zacząć lekturę i zaprosić Was do czytania. Literadar - Skład popkultury znajdziecie na Calameo: http://en.calameo.com/read/002871418fd02c0c704bb

Source: www.fandroid.com.pl/literadar-sklad-popkultury-juz-dostepny-w-nim-160-stron,7982
More posts
Your Dashboard view:
Need help?