logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: waranasi
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
show activity (+)
photo 2015-08-31 07:52
Sprzedawca bananów (Waranasi 2003 r.)
Indie na co dzień. Z notatnika religioznawcy - Tadeusz Margul

"Weźmy pierwszy z brzegu banan. Nasze dzieciska zaliczają spożycie tego aromatycznego, pożywnego i okazałego owocu do wydarzenia na miarę imienin czy gwiazdki. To, co się dla nich zdobywa, to są niepokaźne i czasem nawet nadpsute sztuki, wyglądające z zewnątrz nieapetycznie. A tu dorodny banan to najpodlejszy gatunek owocu. Sprzedawcy bananów należą do pośledniej branży. Są to biedacy rozkładający towar wprost na chodniku, albo spacerujący po peronie czy miejscach publicznych zebrań. Sprzedaje się banany na sztuki po bajecznie niskiej cenie. Jest to typowa strawa dla biedaków i nie wypada nawet jeść ich ze smakiem."

Tadeusz Margul "Indie na co dzień"

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-06-16 07:44
Oddech Boga - Jeffrey Small,Agnieszka Kalus

Kolejna pozycja, przy której od razu nasuwają się porównania do książek Dona Browna. Tym razem nie wiem, czy to źle, czy dobrze. Mimo podobieństw do bestsellerowych "pierwowzorów" i schematyzmu konstrukcji fabuły, książka jest dość strawna.

 

 

Co prawda znowu mamy młodego amerykańskiego naukowca (doktoranta), który ma lekką fobię przed publicznymi wystąpieniami, ale jest też momentami dość infantylny w swoich zachowaniach. Chwilami odnosi się wrażenie, że bohater dąży "do doktoratu po trupach"... Nie jest denerwująco "wszechwiedzący" jak u Browna. Trzeba mu na przykład tłumaczyć podstawy wiedzy o różnych religiach (może poza protestantyzmem), mimo że jest doktorantem od lat zajmującym się religiami i ich historią (na "czołowych" amerykańskich uniwersytetach). Ale na przykład wie doskonale ile dokładnie cali szerokości i długości mają księgi czytane przez mnichów w buddyjskim klasztorze w Bhutanie...

 

 

Co prawda znowu mamy młodą, śliczną dziennikarkę, ale jest dość ogarnięta.

 

 

Co prawda znowu mamy psychopatycznego obrońcę dogmatów, posiadającego znakomite źródło informacji i bliżej (początkowo) nieokreślonych potężnych mocodawców, ale przynajmniej jego działania nie idą równoległym torem z działaniami policji i FBI.

 

Autobusy turystyczne w Sarnath. Szacunek dla tych, którzy uważają, jak bohaterka książki, że można tam dojechać w dziesięć minut z Waranasi (Sarnath, 2012 r.)

 

Jest też niestety dość standardowe postrzeganie świata. Oto poszukiwany artefakt powinien trafić do Stanów, bo tylko to zapewni jego ewentualną analizę. Inny sposób weryfikacji jego prawdziwości nie wchodzi w grę. Bohater nie ma co do tego absolutnie żadnych wątpliwości. Gloria na amerykańskim uniwersytecie, albo niebyt.

 

"- Sarnath! - wykrzyknęła Kristin. - Miasto, do którego udał się Budda, kiedy osiągnął oświecenie.
- Tam, gdzie miał swoje pierwsze publiczne wystąpienia? - Grant zrozumiał dopiero po chwili.
- Byłam tam - przytaknęła Kristin. - Sarnath znajduje się dziesięć minut drogi od Waranasi."

Jeffrey Small "Oddech Boga"


Koniec końców otrzymujemy rozwinięcie dość ciekawego pomysłu na temat losów świata i łagodne wprowadzenie do religioznawstwa (buddyzm, chrześcijaństwo, islam) okraszone kilkoma niezłymi opisami Indii i Bhutanu z trochę mniejszym poziomem szczegółowości niż u wspomnianego Dana Browna. Mam wrażenie, że autorowi (tłumaczowi?) pomylił się Tajwan z Tajlandią i że zabrakło dżinizmu, ale w sumie całkiem to strawne, może nawet potrzebne, zakładając że kilka osób dowie się z książki co to Bhutan czy Sarnath.

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-02-10 20:33
Celebryckie Indie
Moje Indie. Przygoda nie pyta o adres - Jarosław Kret

Na wstępie muszę się przyznać, że nie spodziewałem się za wiele po książce „Moje Indie”. Jarosława Kreta postrzegam jako celebrytę, choć może nie takiego całkiem typowego, bo mającego już swoje lata i jednak trochę życiowego doświadczenia. W związku z tym nie spodziewałem po książce wiele więcej, poza to, co można wyczytać w innych popularnych źródłach. Niestety na moim nastawieniu nie zawiodłem się. Wydaje się, że opowieść snuta przez autora ma na celu głównie podkreślanie raz po raz jego wyjątkowości. A to coś zostało dla niego specjalnie otwarte, a to był pierwszym, który coś widział, a to tylko dzięki jego urokowi ktoś mu coś pokazał, a to jako pierwszy wpada na pomysł, który nigdy nikomu nie przyszedł do głowy, a to znowuż jest jedynym Europejczykiem, który coś tam i z kimś tam... i tak dalej i tym podobne. Trochę tu przesadzam (dałem się ponieść duchowi książki), ale chciałem lepiej oddać to, co mam na myśli. Na dłuższą metę strasznie to denerwujące i przeszkadza w lekturze. Ale już gwoździem do trumny jest dla mnie opowieść jak to hidźry chciały autora uprowadzić i „przerobić” na jedną z nich.

 

Być może to właśnie te hidźry (po prawej), uchwycone przeze mnie podczas tańca w nocy przed świątynią, chciały porwać Jarosława Kreta (Orchha, 2009 r.)

 

Na szczęście autopromocja to chyba jedyny mankament „Moich Indii”. Nawet obfite czerpanie z różnych źródeł w celu przybliżenia, wyjaśnienia jakiegoś zjawiska, czy zrelacjonowania wydarzenia lub opowieści, dość gładko przewija się z doświadczeniami i relacjami autorskimi. Wraz z autorem-gawędziarzem możemy wybrać się w kilka wycieczek po Indiach do mniej lub bardziej znanych miejsc. „Moje Indie” mogą przybliżyć polskiemu czytelnikowi nie tylko najbardziej charakterystyczne obiekty (jak Tadż Mahal, czy Waranasi) ale i zjawiska, z jakimi można się tam zetknąć (jak krowy na ulicach, czy hidźry). Dzieje się to wszystko momentami chaotycznie, czasami z dość zaskakującą ignorancją człowieka, który w Indiach mieszkał, ale dla kogoś nieobeznanego z Indiami może to być atut.

 

Niezaprzeczalnym wkładem Jarosława Kreta w popularyzację Indii jest przybliżenie polskiemu czytelnikowi postaci Dobrego Maharadży, czyli Jam Saheba Digvijay Sinhji. Znany jest on niewielu Palakom, a powinien być znany powszechnie, jako człowiek, który wsławił się organizacją w Indiach obozów dla polskich sierot i uchodźców w czasie II wojny światowej. Mam nadzieję, że jego pamięć będzie trwała choćby dzięki temu, że ma on od zeszłego roku „swój” Skwer Dobrego Maharadży (Digvijaysinhji) na warszawskiej Ochocie.

 

Kto w tematyce indyjskiej jest wyjątkowo niezorientowany i lubi poczuć się wyjątkowo dzięki obcowaniu z celebrytą, na książce się nie zawiedzie. Wszystkim pozostałym raczej polecam poważniejsze lektury.

 

 

Like Reblog Comment
show activity (+)
photo 2013-05-20 07:02
Okolice dworca kolejowego (Waranasi, 2003 r.)
Mozaika indyjska - Tomasz Mazur

"Nieporozumienie - myślał Kumar. Po pierwsze , krowy nie brudzą. Krowy czyszczą. Zjadają wszelkie odpadki, od bananowych skórek począwszy, a na gazetach kończąc. Po drugie, prawie nikt nie tknąłby ich mięsa, bo większość Hindusów to wegetarianie, a ci, którzy decydują się jeść mięso, na pewno nie wybiorą wołowiny. Po trzecie, krowa żyjąca jest bardziej produktywna niż martwa.

Kumar doszukał się danych statystycznych: ktoś policzył, że żywa krowa odwdzięcza się człowiekowi, dając mu możliwość przygotowania piętnastu tysięcy posiłków, krowa zarżnięta daje ich zaledwie niecałą setkę. Żałosne dwa procent energii, jakie wchłonął w siebie w postaci sztucznej karmy amerykański wół, jest odzyskiwane przez spożycie jego mięsa. Tylko bydło pozostające przy życiu produkuje bezcenne odchody. Dwie trzecie przeznacza się na nazwóz, jedną trzecią na opał. Dzięki temu najbiedniejsi użyźniają prawie darmowo swoje pola i oszczędzają rocznie czterdzieści milionów ton węgla, na który ich nie stać. Krowy, nawet marnie odżywione, w podzięce za darowane życie wydają na świat cielęta, a między nimi młode byki używane później do pracy w polu. Chłop indyjski zna się na ekonomii."

More posts
Your Dashboard view:
Need help?