logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: biuro
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
text 2016-11-01 10:24
CzytajPL! – rusza nowa odsłona

 

CzytajKRK! a teraz CzytajPL! to już „nowa świecka tradycja” promowania e-czytelnictwa. Projekt zapoczątkowany w Krakowie w roku 2014, w październiku 2015 rozrósł się na teren 6 miast (wpis: „CzytajPL! - akcja CzytajKRK! nabiera rozmachu!”). Obecnie akcją objęto 16 ośrodków miejskich, a mianowicie: Szczecin, Gdańsk, Białystok, Toruń, Bydgoszcz, Poznań, Warszawa, Łódź, Lublin, Wrocław, Częstochowa, Rzeszów, Kraków i Bielsko-Biała.

 

Czytaj PL

CzytajPL! edycja 2016 (źródło: czytajpl.pl)

 

Podobnie jak poprzednio, za akcję od strony merytorycznej i finansowej odpowiada Krakowskie Biuro Festiwalowe. Od strony technicznej pieczę sprawuje Woblink. Właśnie ruszyła nowa wersja oficjalnej strony CzytajPL!, zapowiadającej tegoroczną edycję. Wiadomo więc już trochę więcej o tym, co nas czeka w listopadzie 2016 r.

 

Na czym polega CzytajPL!

W ramach akcji udostępniono bezpłatnie w tym roku 12 książek w wersji elektronicznej – zarówno e-booków jak i audiobooków (niektóre pozycje w obydwu wersjach). Do czytania można przyłączyć się przez cały listopad i czytać lub słuchać bezpłatnie do końca miesiąca. Po 30 listopada, będzie jeszcze 7 dni na dokończenie lektury. Aby się przyłączyć, należy pobrać aplikację mobilną na urządzenie, które ma łączność z internetem i może robić zdjęcia. Niestety, taki sposób organizacji CzytajPL!, wyklucza z niej czytniki książek elektronicznych (może poza androidowymi, patrz dalej...). W grę wchodzą telefony i tablety z systemem iOS lub Android.

 

Czytaj PL

Na początku należy pobrać aplikację mobilną CzytajPL!, gdy tylko będzie dostępna (źródło: czytajpl.pl)

 

Po zainstalowaniu aplikacji, trzeba odnaleźć plakat akcji z kodem QR i zeskanować go. To otworzy dostęp do książek biorących udział w akcji. Plakaty z kodami były w zeszłym roku w Krakowie rozmieszczone głównie w bibliotekach publicznych, informacjach turystycznych i przystankach komunikacji miejskiej. Zapewne w tym roku będzie podobnie. Afisze mają zostać rozmieszczone 3 XI i 16 XI (zależnie od lokalizacji). Na stronie akcji zamieszczona jest mapa z lokalizacją (czasami bardzo dokładną) ponad 600 plakatów (http://czytajpl.pl/mapa.html). O ile podane tam informacje są pełne, większość z nich (przynajmniej w Krakowie) pojawi się w drugiej połowie miesiąca.

 

Lokalizacja plakatów Czytaj PL

Miasta biorące udział w tegorocznej edycji CzytajPL! (źródło: czytajpl.pl)

 

Nowością w tym roku jest możliwość zaproszenia do udziału w akcji do pięciu osób. Nie trzeba więc już będzie robić zdjęć plakatów i rozsyłać po znajomych. Zaproszone osoby będą musiały założyć konto w aplikacji na ten sam adres, na który otrzymały zaproszenie. Być może będzie to połączone z Woblinkiem. Być może da się dzięki temu używać aplikacji na czytnikach z Androidem (po otrzymaniu zaproszenia).

 

CzytajPL! - nowa aplikacja

Korzystanie z dedykowanej aplikacji w poprzednich latach, nie należało do najwygodniejszych. Aplikacja nie otwierała czytanej książki w miejscu, gdzie lektura została przerwana. Ostatnia jej wersja zawsze startowała na początku poprzednio czytanego rozdziału. A jeśli książka nie miała rozdziałów – to otwierała e-booka na początku. Kartkowanie, po każdym uruchomieniu, do miejsca, gdzie skończyłem czytać, było dość irytujące. Mam nadzieję, że tym razem będzie lepiej. Na razie trudno jednak powiedzieć coś pewnego, ponieważ program jeszcze nie jest dostępny do pobrania.

A na poprawę funkcjonalności aplikacji liczę między innymi dlatego, że w bieżącym roku za obsługę akcji ma odpowiadać nowa, oficjalna wersja obsługująca całościowo także księgarnię Woblink. O ile mi wiadomo, będzie to więc integralna część programu służącego do czytania i słuchania książek zakupionych w Woblinku. Firma będzie więc jej mogła poświęcić (jak sądzę) więcej uwagi niż poprzednio.

 

CzytajPL! - lista lektur

W tym roku część książek to „tradycyjne” e-booki, część dostępna jest w wersji audio, ale jest i audiokomiks...

 

Lista książek Czytaj PL w 2016 r.

Tegoroczne propozycje w ramach CzytajPL! (źródło: czytajpl.pl)

 

e-booki dostępne w CzytajPL!

Trudi Canavan „Złodziejska magia”

Mark Miodownik „W rzeczy samej. Osobliwe historie wspaniałych materiałów, które nadają kształt naszemu światu”

Nino Haratischwili „Ósme życie (dla Brilki). Tom 1”

Paulina Mikuła „Mówiąc inaczej”

 

e-booki i audiobooki dostępne w CzytajPL!

Ashlee Vance „Elon Musk. Biografia twórcy PayPal, Tesla, SpaceX”

Dominik Dán „Czerwony kapitan”

David Lagercrantz „Co nas nie zabije”

Remigiusz Mróz „Trawers”

Stephen King „Lśnienie”

Jacek Dukaj „Inne pieśni”

Andrzej Maleszka „Czerwone krzesło”

Janusz Christa „Kajko i Kokosz. Szkoła latania”

 

Ja osobiście zacznę od magicznej (dosłownie i w przenośni) podróży w krainę dzieciństwa, a mianowicie od lektury (który to już raz?) „Szkoły latania”. Po raz pierwszy w wersji elektronicznej, a może i audio... Polecam także miłośnikom kryminałów - Dominika Dána i Davida Lagercrantza.

 

Podsumowanie

Jako, że w tym roku nie ma ograniczeń terytorialnych, możemy z czystym sumieniem przekazać zaproszenia znajomym spoza 16 wybranych miast. W poprzednich latach wiele osób zgłaszało na forach wątpliwości, czy np. skoro Kraków zapłacił za udostępnienie książek, to czy udostępnianie ich komuś z innego miasta jest uczciwe. W tym roku takich oporów nie powinno być, więc zapraszam już teraz na mojego bloga, gdzie umieszczę kod QR, gdy tylko go namierzę...

 

Oficjalna strona akcji: http://czytajpl.pl

 

[Aktualizacja 2 XI 2016 r.]

Są już w Krakowie plakaty z kodami oraz nowa aplikacja Woblinka. Więcej na ten temat we wpisie "CzytajPL! można już znaleźć na afiszach".

Like Reblog Comment
text 2015-10-17 12:21
Tymczasem wszyscy mamy się dobrze
Biuro kotów znalezionych - Kinga Izdebska

Tym razem będzie krótko i prawdopodobnie przez najbliższy czas tak już pozostanie. Z kilku powodów nie mogę poświęcać tyle samo czasu nie tylko na pisanie, ale i czytanie książek. Póki co nie martwię się tym jakoś szczególnie, bo zamiast swoich prywatnych lektur mam inne, nieco mniej mnie interesujące, ale nic na to nie poradzę. Póki co z tych obowiązkowych jedna pozycja poznana we fragmentach zaintrygowała mnie na tyle, iż postanowiłam przeczytać całość. Trudniej jest ją niestety zdobyć, ale może w jakiejś bibliotece znajdę.

 

Początkowo planowałam zdobyć wszystkie książki w tej serii. Nosi ona wdzięczną nazwę Biosfera i z wszelkich opisów zapowiadała się naprawdę ciekawie. Moim zdaniem wszystko, co jest o korelacji pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem zasługuje na chociażby moment zastanowienia się nad daną pozycją. Tak myślałam przed przeczytaniem tej książki. Może oczekiwałam od niej za dużo. Może uznałam, że będzie to wręcz nieśmiertelna historia o tym, że nie tylko kot zależny jest od człowieka, ale i człowiek od kota. Chciałam czegoś mocnego, wciągającego, pasjonującego. Dostałam czytadło, które jak szybko się zaczęło, tak szybko skończyło. Można to było czytać w każdym miejscu, bo tak naprawdę nie trzeba było przy tym myśleć. Autorka pakowała nie tylko wiedzę, ale i swoje uczucia w głowę czytelnika i nic więcej. Z perspektywy czasu i ilości książek, które znacznie przewyższają tę pozycję stwierdzam jedno - historia dobra na lato, na plażę, lekka i przyjemna.

 

Zacznijmy jednak od początku. Biuro kotów znalezionych zostało napisane przez panią Kingę Izdebską. Prawdopodobnie chciała ona pokazać jak życie zmienia się dzięki (/przez) pewnym futrzakom. Zamysł wydawał mi się nawet dobry. Sama jestem kociarą i z chęcią czytam o kotach. I tak pewnego słonecznego dnia zakupiłam tenże egzemplarz, nie przejmując się wydanymi pieniędzmi. A to tylko dlatego, że wierzyłam, że lektura przyniesie mi uczucia, myśli i konkluzje na wyższym poziomie niż poradnik (wymyślony na poczekaniu dla przykładu) "Siedem trików jak żyć z kotem". Nie twierdzę jednak, iż poradniki są złe. Te, które napisano z dużym poczuciem humoru i dystansem do otaczającego nas świata cechują się ogromną paletą żartów mniej lub bardziej śmiesznych, informacji potrzebnych lub całkiem zbędnych, ale jednak ich podanie było kluczowe. Co prawda nie sądziłam, że ta książka będzie cyniczna czy ironiczna. Ale może to jest mój błąd? Oczekując czegoś na poziomie - przeliczyłam się. I nie wyszło mi to na dobre.

 

Sama postawa autorki, którą ta prezentuje na kartach swojej powieści jest... kiepska. Czytając o tym, jak wzrusza się nad kolejnym dzikim kocurem, jak przeżywa wszystko niczym małe dziecko, miałam ochotę nią potrząsnąć i krzyknąć prosto w twarz "otrząśnij się kobieto!". Jak wiadomo, nie mogłam tego zrobić, więc czytałam dalej. I jakby na złość, pojawia się kolejna cecha, która jest zawsze przypisana stereotypowej kociary. Stara, zaniedbana panna. Ludzie, sama uwielbiam koty, może i panną jestem, ale ani ja stara, ani zaniedbana! A tu co? Kolejny kwiatek, który objawia się oczywiście w postaci ogólnego zaniedbania się autorki . Zgrzytam zębami i zastanawiam się czy to może ze mną jest coś nie tak i wymagam tekstu elitarnego? Pewnie większość myśli sobie po co w ogóle kończyłam tę książkę. Otóż dlatego, iż byłam zwyczajnie ciekawa. Tego, czy z dziecięcej kobiety wyrośnie wreszcie dorosły. 

 

Oczywiście doceniam jej pracę. Pod względem chęci pomocy kotom jest dla mnie niczym mentorka. Pokazała prawdziwą drogę, której wielu ludzi szuka. Podziwiam ją za to, iż była w stanie przygarnąć koty z ulicy; całkiem dorosłe, dzikie, nienawykłe obecności człowieka czy chore. To jest według mojej miary godne oklasków. Ale problem jest w tym, że reszta jest zwyczajnie słaba. Plus jest taki, że czytało się to szybko. 

 

Jednym z elementów tejże książki są całkiem często wstawiane zdjęcia kotów. W niektórych przypadkach były idealnym uzupełnieniem książki, ale niekiedy miało się wrażenie, że wstawione są po to, by zapchać dziurę. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to strasznie niemiło, ale takie odczucia mi towarzyszyły podczas czytania.

 

Tak na koniec dodam, że po zakończeniu czytania tej pozycji, wybrałam jeden z jej elementów, który spodobał mi się najbardziej. I może wydać on się sprzeczny z tym, co napisałam o zachowaniu autorki, o jej ciapciatowatości, ale nie jest, gdyż jej w ogóle to nie dotyka. Mam na myśli to, iż postarała się opisywać koty i ich dalsze losy ze sporą dozą szczerości. Dodatkowo poświęciła całkiem sporo uwagi na zagadnienia związane z kociosferą, która w tego typu książkach powinna być nakreślona. Za to ma u mnie plus i pewnie z tego powodu przekażę ją w najbliższej przyszłości dalej do czytania.

Like Reblog Comment
show activity (+)
text 2015-06-13 21:17
Tablet taty

 

Darek Foks

Biuro Literackie, 2015

 

Zanim przejdę do recenzji czas na wspomnienia. Czas akcji: czerwiec 2013 r. Miejsce: Starbucks w jednej z warszawskich „galerii” handlowych. W głównych rolach ja, średnie cappuccino i „Kebab meister” Darka Foksa. Cappuccino na stoliku, szybki łyk, otwieram książkę i pogrążam się w lekturze. Trzy łyki później lektura skończona a na mojej twarzy mina wyrażająca połączenie „to już, tak szybko?” oraz „co to właściwie było?”.

 

Czas akcji: 10 czerwca 2015 r. Miejsce: własna kanapa, Łódź. W głównych rolach ja, „Pas d’action” z „Jeziora łabędziego” oraz „Tablet taty” Darka Foksa. Orkiestra zaczyna grać, ja zaczynam czytać. Utwór (ok. 8 min) nie zdążył wybrzmieć, ja docieram do spisu treści. Tym razem jestem zadowolona, choć gdzieś z tyłu głowy snuje się myśl „mogłoby być tego więcej”.

 

Tytułowy tata z nowego zbioru wierszy Darka Foksa ma tablet, a na tym tablecie trzydzieści siedem folderów. W każdym folderze ulokował inną kobietę, którą miał okazję poznać (w jakim stopniu, tego możemy się chyba domyślić). Opis każdej zamyka w 4 wersach wiersza, każdej kobiecie przypisuje odpowiednie wspomnienie, jakieś skojarzenie. Z Antoniną fantazjował na temat nieistniejących książek, Natalia czytała gazetę oparta o zlewozmywak, a Zuzanna chichotała patrząc, jak on próbuje ułożyć się na materacu. Wspomnienia na pozór nieistotne, ale jednak zostały skatalogowane i zachowane na dysku. Ku pamięci.

 

Foks dobrze czuje się w minimalizmie i trzeba przyznać, że jest mu w nim do twarzy, zwłaszcza, jeśli chodzi o poezję. W przypadku prozy i pamiętnej powieści „Kebab meister” ta zdawkowość i przewaga białej kartki nad czarną czcionką trochę mnie uwierała, może nie tyle ze względu na sam pomysł, ale na nastawienie, z jakim podeszłam do lektury. Blurb zapowiadał interesującą narrację osadzoną w realiach II Wojny Światowej, podczas gdy we wnętrzu narracji praktycznie nie było.

 

W przypadku poezji jest jednak inaczej. Wiersz nie musi ciągnąć się przez kilka stron, by z powodzeniem przekazać całą treść. Takie były modne w romantyzmie, gdy wieszczowie potrzebowali wielu strof, w których zmieścić mogliby wszystkie epitety, metafory, porównania itp., każdą końcówkę wykańczając eleganckim rymem. Dziś nikomu już się w to kraszenie nie chce bawić, dzisiaj liczy się zwięzłość przekazu: ma być krótko i merytorycznie. I tak właśnie jest u Foksa, który w swoim najnowszym tomiku zamieścił wiersze które owszem, są krótkie, ale którym nie można zarzucić braku walorów poetyckich, czy powierzchowności.

 

Z tych cztero-wersowców wyglądają nie tylko kobiety, ale i dość ciekawe obrazy, z których wiele zakotwiczonych jest w krajobrazie miejskim. Katarzyna obserwuje małe budynki, na miejscu których lada moment stanąć ma inny, większy (centrum handlowe? hotel? zakład produkcyjny?), Monika pojawia się w oparach smogu, a Ewa popadła w konsternację zauważając, że fasada jej domu została nagle przemalowana na pomarańczowo. Same bohaterki wierszy również nie są jednakowe, są bardziej i mniej odważne, czasami można odnieść wrażenie, że niektóre są zagubione, natomiast inne idą przez świat z podniesioną głową, nie bojąc się nawet zmierzyć swojego męża lodowatym spojrzeniem. I chociaż okładka książki sugeruje, że wnętrza folderów mogą skrywać pikantne smaczki, to jednak erotyzm, choć jest w wierszach Foksa obecny, zostaje tutaj zgrabnie ukryty. Tak na wszelki wypadek, gdyby pociecha taty dorwała się do jego ulubionej zabawki.

 

„Tablet taty” to tomik przyjemny i choć zamieszczone w nim wiersze są dość krótkie, to pamiętajmy, że po zakończonej lekturze możemy zabawić się w odkrywcę i poszukać w historiach tych znajomości drugiego dna. I tak jak w przypadku niedawno opisywanych przeze mnie „Powązek” odradzałam czytanie tomiku w centrach handlowych i środkach komunikacji miejskiej, tak „Tablet taty” można zabrać ze sobą wszędzie, do tramwaju, na plażę, na nudne zajęcia. Tak jak na prawdziwy tablet przystało, idealnie sprawdzi się w każdych warunkach. I czas na łyżkę dziegciu w beczce miodu: wątpię, czy wiersze te zostaną z czytelnikiem na dłużej, obawiam się wylecą z pamięci czytelnika, jak się tam dostały. Choć mogę się mylić, w końcu wpisy zamieszczane na Twitterze są wyjątkowo krótkie, a jednak mogą rozpętać prawdziwą burzę. Może z wierszami Foksa też tak będzie?

 

Like Reblog Comment
show activity (+)
text 2015-06-03 07:37
Nowości - czerwiec 2015

 

Po majowym wysypie nowości nadchodzi czerwiec z początkiem sezonu ogórkowego. Ciekawych premier jakby mniej, ale i tak można znaleźć kilka intrygujących pozycji, w sam raz na pierwsze wakacyjno-urlopowe wyprawy. W tym zacnym gronie m.in. nowy Pilch oraz György Spiró, jak również pikantne ciekawostki dawnego Hollywood oraz Cesaria Evora i jej niesamowite życie.

Read more
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-05-28 22:40
Powązki

 

Tadeusz Pióro

Biuro Literackie, 2015

 

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam najnowszy tomik Pióry w mojej głowie pojawiła się jedna prosta myśl:

 

O co w tym wszystkim chodzi?

 

Przeczytałam i nie wiem, co przeczytałam. Zaczęłam szukać usprawiedliwienia, może nie powinnam byłam czytać „Powązek” w niedzielne przedpołudnie, po wieczorze spędzonym w operze w miłym towarzystwie Czajkowskiego i uroczych tancerzy z Monte Carlo (dałam się skusić tej parze tancerzy na okładce). Może to zaspanie i opary kwitnącego bzu sprawiły, że czytając kolejne wersy dostałam zadyszki? Może Pióro wymaga tego szczególnego rodzaju skupienia, który pomaga odnaleźć sens w nawet największej plątaninie myśli i skojarzeń wiedzionej kluczem, którego znaleźć, pomimo wszelkich wysiłków, nie można? Bo przecież powrót po 4 latach poetyckich wakacji jednego z ważniejszych poetów współczesnych nie może być bezładem. Po prostu ktoś taki nie mógłby sobie na to pozwolić.

 

Jakiś czas temu pisałam o „Klangorze”, w którym Urszula Kozioł wyrażała silne emocje za pomocą strof wzniesionych ze spiżu, pięknych i kształtnych. Pióro swoją poezję ulokował na zupełnie przeciwnym biegunie poetyckiej stylistyki. Jego wiersze są bełkotliwe, na pierwszy rzut oka bliżej im do wyciągu ze strumienia świadomości, w którym jedna myśl przechodzi płynnie w drugą, nie zawsze się przy tym kierując logiką, a częściej polegając na bodźcach, niż do misternie rozplanowanego dzieła poetyckiego. Czy to znaczy, że Kozioł tworząc swój tomik włożyła w niego więcej wysiłku, niż jej bałaganiarski młodszy kolega?

 

By znaleźć odpowiedź na to pytanie wystarczy zwizualizować sobie następującą sytuację: pedant wchodzi do pokoju bałaganiarza i zaczyna wielkie porządki: książki układa alfabetycznie, ubrania kolorami, wszystkie przedmioty zalegające na biurku starannie segreguje i lokuje w szafkach i szufladach. W zdecydowanej większości przypadków tak uszczęśliwiona osoba nie będzie w stanie odnaleźć się w tej nowej, logicznie urządzonej rzeczywistości, natomiast w nieporządku funkcjonowała świetnie. Okazuje się bowiem, że nawet w największym chaosie kryje się odrobina porządku i organizacji. W najnowszych wierszach Pióry również.

 

Pióro jest obserwatorem, rejestruje otaczającą go rzeczywistość i utrwala za pomocą poezji. Jego obserwacje, jak już wspomniałam, są poszatkowane, wiedzione skojarzeniami i, co jest niezwykle ważne, a o czym jeszcze nie wspomniałam, okraszone dużą dawką ironii i dystansu, które w przeciwieństwie do pięknych wierszy poetów starej szkoły, zakorzenione są w czasach współczesnych. Zamiast przytaczania mitologicznych herosów mamy referencje do „Czterech pancernych”, a piękne frazy zastąpione zostają frajerami.

 

Kogo Pióro pochował na „Powązkach”? Na pewno nie będzie to Aleja Zasłużonych, choć korowód wybitnych przedstawicieli kultury i sztuki rusz pojawia się w wierszach. Ktoś czyta Trylogię, jest Rilke, Kant, Hegel, Mann, a nawet Miłosz, ich rola ogranicza się jednak jedynie do wtrętu, brakującego elementu w układance. Groby które tutaj znajdziemy wypełnione są wspomnieniami autora, począwszy od pierwszej randki, przez enigmatyczną postać wuja, debiut, wizyty w klubach, czy podróże komunikacją miejską. Jest trochę PRL-u, trochę współczesności. Bywa zadziornie, jest też refleksyjnie. I tak przedzieramy się tak przez te wszystkie reminiscencje i kalambury, aż ostatecznie lądujemy na dwóch cmentarzach: zarezerwowanych dla wielkich Powązkach i bliższej przeciętnemu obywatelowi Wólce. Jeśli jednak czytelnikowi wydaje się, że będąc u celu podróży znajdzie rozwiązanie, coś w rodzaju klucza, to niestety się rozczaruje. Koniec jest gwałtowny, minimalistyczny i jeszcze bardziej niejasny.

 

Jak już wspomniałam, między wierszami możemy odszukać wiele aluzji, jednak jednym z najczęściej powracających tematów (oprócz miłości) jest sam utwór poetycki, którego autor pozwala sobie porównać do „samogwałtu” i poświęcić takiemu zestawieniu cały wiersz. Innym razem, w „Debiuciku” autor zasypuje czytelnika listą prostych rymów, które z pewnością nie są obce żadnemu poecie, który stawia pierwsze kroki w świecie literackim. Jest też „Hazard” poświęcony krytyce i ciąganiu artystów po sądach. Właściwie można zastanowić się, czy przypadkiem adresatem części jego wierszy nie jest kobieta, ale poezja właśnie (patrz „Dlaczego jestem frajerem”).

 

Tak, to nie są wiersze, które można czytać po ciężkim dniu, czy przy kawie w centrum handlowym, w przerwie pomiędzy zakupami. Poezja Pióry wymaga tego szczególnego skupienia i zaangażowania czytelnika. Autor zaprasza nas do zabawy, droczy się z nami i wodzi za nos. Ich lektura nie jest łatwa, ale odkrywanie wszystkich (pop)kulturowych nawiązań sprawia, że obcowanie z tym skromnym, 40-stronicowym tomikiem, przyniesie nam wiele satysfakcji.

 

A dla tych, który utknęli w gęstwinie myśli autora, Pióro przewidział motto:

 

 

Tylko w przypadku Pióry jest warto go zrozumieć. Przynajmniej tak mi się wydaje.

More posts
Your Dashboard view:
Need help?