logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: znak
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
text 2016-12-31 12:17
Janina znak Sobieskich - Bronisław Heyduk

Ród Sobieskich wywodził się ze wsi Sobieszczczyn leżącej w dawnym województwie sandomierskim. Założycielem rodu był Mikołaj Sobieski, który żył w XV wieku. Był on średniozamożnym szlachcicem sprawującym władzę nie tylko nad Sobieszczynem, ale także nad trzema innymi wsiami. Jego głównym spadkobiercą został pierworodny syn o imieniu Stanisław (ok. 1450-pomiędzy 1508 a 1516), którego najmłodszy syn – Sebastian (ok. 1486-1557) – był prapradziadkiem króla Jana III Sobieskiego (1629-1696). Kolejnym przodkiem przyszłego hetmana i króla był Jan Sobieski (ok. 1518-1564) ożeniony z Katarzyną Gdeszyńską (?).

 

W tamtym czasie nikt jeszcze z rodziny Sobieskich nie piastował choćby tylko urzędów powiatowych, nie mówiąc już o najwyższych stanowiskach w państwie. Sobiescy byli jedynie zwykłą średnią szlachtą skupiającą swoją uwagę na sprawach, które dotyczyły ich osobiście. Dopiero syn Sebastiana – Marek Sobieski (1550-1608) wyniósł swój ród do godności senatorskich. Szansę na ten awans stworzyła mu w 1569 roku unia lubelska. Włączono wtedy do Korony ogromne obszary ziem, jak Wołyń, Podlasie, Kijowszczyznę, Bracławszczyznę, co sprawiło, że utworzono latyfundia, z których potem korzystało wiele możnych rodów, jak Koniecpolscy, Zasławscy, Leszczyńscy czy Zebrzydowscy. Niemniej ta wielka kariera nie byłaby możliwa bez uzyskania protekcji. Marek Sobieski znalazł bowiem potężnych i wpływowych opiekunów w osobach kanclerza Jana Zamoyskiego (1542-1605) i króla Stefana Batorego (1533-1586). Ten drugi miał rzekomo powiedzieć, że: gdyby los królestwa od jednego harcu zależał, nikomu bym bezpieczniej nie ufał nad Marka Sobieskiego. Król nadał mu zatem pierwszą w rodzie poważną godność, czyli zrobił Marka Sobieskiego chorążym nadwornym królewskim.

 

 

Przeczytaj całość

 

 

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2016-02-25 11:31
"Znak czterech" Arthur Conan Doyle
Znak czterech (Sherlock Holmes #2) - Arthur Conan Doyle

Drugi już raz postanowiłem odwiedzić najsłynniejszego detektywa wszech czasów. Ponieważ pierwsze powieści, których bohaterem jest Sherlock Holmes nie są zbyt obszerną lekturą, z powodzeniem zastosowałem je jako przerywniki pomiędzy innymi lekturami. Dzisiaj więc przyszła pora na "Znak czterech".

 

Naszego znudzonego detektywa zastajemy podczas czynności, która dzisiaj budziła by bardzo duże kontrowersje. Otóż gdy marazm i monotonia pukają do jego życia, Sherlock potrafi się im oprzeć aplikując sobie strzał z kokainy. Pobudza się w ten sposób i odrywa od szarej rzeczywistości. Na szczęście do jego drzwi puka pewna młoda i piękna kobieta, która prosi o pomoc w pewnej dziwnej sprawie. Otóż ojciec jej, były wojskowy wiele lat stacjonujący w Indiach zaginął 10 lat temu po powrocie do Londynu. Od tamtego czasu rokrocznie na urodziny otrzymuje ona pojedynczą drogocenną perłę od tajemniczego darczyńcy. Tym razem jednak, zamiast perły otrzymała propozycję spotkania. Bojąc się, czy nie jest to pułapką, prosi Holmes'a oraz Watson'a o towarzystwo. Oczywiście nasi dwaj bohaterowie, ja na dżentelmenów z krwi i kości przystało, nie odmówią. Motywy ich jednak są odmienne. Dla Sherlock'a jest to szansa na rozwiązanie ciekawej sprawy. Watson natomiast najzwyczajniej w świecie się zadurzył.

 

Zdradzę tylko, że pierwszą zagadką kryje się kolejna. Nie są one jednak przesadnie trudne i zagmatwane. Oczywiście nasz detektyw od początku twierdzi, że cała sprawa jest banalnie prosta i brakuje mu tylko kilku szczegółów do jej rozwiązania. Faktem jest jednak, że nie musi wcale mocno się wysilać. Jego niezwykła umiejętność dedukcji na podstawie śladowych wręcz informacji nie znajduje tym razem większego zastosowania. Powieść czyta się przyjemnie, lecz nie jest tak zajmująca jak się spodziewałem. Po pierwsze dlatego, że postać Holmes'a nie jest już tak zgłębiana, jak w "Studium...". Tym razem dowiadujemy się tylko o jego nałogu oraz o epizodzie bokserskim trzy lata wcześniej. Po drugie natomiast, brakuje jakiegoś zwrotu akcji. Od początku fabuła toczy się w doskonale znanym nam kierunku i kwestią czasu jest schwytanie osoby odpowiedzialnej i wysłuchanie jej zeznań. Uważam, że największą zaletą tej powieści miała być jej egzotyczna nuta. Część bohaterów bowiem ma duże powiązania z Indiami oraz okolicznymi wyspami. Prawdopodobnie dla ówczesnego czytelnika byłą to duża gratka i odmiana przeczytać o tak nietypowych postaciach. Dzisiaj jednak nie stanowi to już tak dużej atrakcji, dlatego też jej główny walor wypada raczej blado.

 

"Znak czterech" jest solidną pozycja detektywistyczną z domieszką egzotyki i romansu. Postać głównego bohatera niestety została zbyt pobieżnie potraktowana, dlatego pozostał mi spory niedosyt. Mam nadzieję, że kolejne części wynagrodzą mi to z nawiązką. 

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2016-02-13 21:47
Krwawa zmiana władzy
Juliusz Cezar - William Shakespeare

Juliusz Cezar jest tragedią odpowiadającą na doraźne potrzeby polityczne – Shakespeare jako wierny poddany królowej Elżbiety przestrzega przed możliwością rewolty, która była wtedy nadzwyczaj realna. Dziś tragedia może być odczytywana jako tekst potępiający spisek jako narzędzie do walki o władzę. Bo nawet w ujęciu poety nawet jednostki szlachetne, kierujące się w swoich działaniach miłością do ojczyzny (Brutus) muszą ponieść klęskę, jeżeli używają niegodnych metod walki o władzę.

 

http://www.literaturasautee.pl/shakespeare-juliusz-cezar/

Source: www.literaturasautee.pl/shakespeare-juliusz-cezar
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-06-27 10:15
O dziewczynce, filozofującym lisie i cieniach esesmanów - „Szum” Magdaleny Tulli
Szum - Magdalena Tulli

 

Z dzieckiem jest jak z pudełkiem. Trudno wyjąć coś, czego się nie włożyło. Magdalena Tulli w swojej ostatniej książce mówi o relacjach dorosłych i dzieci odważniej niż ktokolwiek. Szum jest rozliczeniem pisarki z własnym dzieciństwem i własną matką. Tulli zadaje matce pytania naprawdę trudne: kto ponosi winę za porażki dziecka – rodzic czy samo dziecko? Jaki wpływ na dorosłe życie córki ma emocjonalna oziębłość matki? Czy upokorzenia doznawane ze strony bliskich decydują o życiowych wyborach w przyszłości? Tulli odpowiada na te pytania z perspektywy osoby dojrzałej, która ponownie próbuje spojrzeć na świat oczami małej dziewczynki. A odpowiedzi, które znajduje, okazują się jeszcze trudniejsze, niż mogła przypuszczać jako dziecko.

 

Bo o okupacyjnych i obozowych przeżyciach matka zaczyna mówić dopiero wtedy, gdy choroba uniemożliwia jej milczenie, którego konsekwentnie trzymała się przez całe życie. I gdy myli córkę z pielęgniarką. Wtedy okazuje się, że wyobrażane sobie przez Tulli we wczesnym dzieciństwie zjawy esesmanów snujące się po domu są bardziej realne, niż mogłoby się wydawać.

 

Czy milczenie matki, która stara się ze wszystkich sił trzymać gardę wysoko (co jest zresztą heroiczne – przeżyła okupację i Auschwitz) pozwoli córce na uniknięcie wojennej traumy, czy może przeciwnie, zmusi ją do zmierzenia się z krążącymi po domu zjawami esesmanów? Wszystko wskazuje jednak na to, że córka będzie musiała się z wojenną traumą zmierzyć.

 

Ale w wyobrażonej rzeczywistości narratorki-bohaterki Szumu miesza się kilka porządków: Auschwitz, włoska partyzantka, socjalistyczna szkoła, upokorzenia ze strony ciotki i kuzyna. Wszystko łączy się ze sobą w mocno schizofreniczny sposób, ale w końcu w umyśle dziesięcioletniej dziewczynki wszystkie te traumy są równie ważne. Szkolne porażki i duchy esesmanów w równiej mierze odpowiadają za jej brak pewności siebie i emocjonalne zagubienie. I dlatego wszystkie te traumy są egzorcyzmowane z tą samą intensywnością.

 

Dlatego Szum jest książką bardzo niejednoznaczną, a spiętrzone metafory (np. Tulli dzwoni do matki w zaświaty, wykorzystując książkę telefoniczną z 1938 roku) nie pozwalają na uzyskanie prostych odpowiedzi. A do tego wszystkiego dochodzą jeszcze elementy baśniowe. Takie jak towarzyszący bohaterce mówiący lis – wymyślony w dzieciństwie i zapomniany w okresie dojrzewania. Lis wraca do dojrzałej bohaterki-narratorki i pomaga jej w przeprowadzeniu egzorcyzmów, organizując metaforyczną rozprawę sądu najniższego, podczas której rozliczane są wszystkie traumy Tulli – zarówno te wyniesione z domu rodzinnego, jak i te doświadczane w szkole.

 

A na rozprawie pojawiają się też takie postaci, jak esesman z przestrzeloną potylicą (którego matka bohaterki-narratorki nie uchroniła przed samosądem, choć mogła – to dzięki niemu przeżyła Auschwitz i marsz śmierci, bo Niemiec każdemu z więźniów codziennie wkładał do ust łyżeczkę cukru), żołnierze zabici przez ojca Tulli podczas wojny i spaleni Żydzi.

 

Kto poza Tulli odważyłby się poprowadzić prozę poetycką tak daleko? Kto poza Tulli byłby skłonny umieścić w książce o wojennej traumie gadającego lisa, jakby wprost z historii o Małym Księciu? I kto jeszcze opowiedziałby historię, w której mała dziewczynka, zastrzelony esesman i baśniowy lis będą tłumaczyć zawiłości powojennego świata, a żadne słowo nie zabrzmiałoby fałszywie? Innymi słowy, z tak dobrą literaturą nie spotykamy się na co dzień.

 

I nawet, jeżeli lektura Szumu Tulli to spoglądanie w takie zakamarki umysłu, w które nikt dobrowolnie zaglądać nie chce, to warto podjąć ten wysiłek i zmierzyć się z traumami razem z pisarką. Łatwiej po tym nie będzie, ale nie od tego są arcydzieła, żeby żyło się po nich lżej.

 

 

www.facebook.com/literaturasaute

 

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-04-10 10:10
Madeline Swan, "Historia kotów"
Historia kotów - Miłosz Wojtyna,Madeline Swan

Wstajesz rano, idziesz do pracy, tam oczywiście robisz swoje. Potem wracasz do domu i przytulasz się do swojego kota (lub marzysz o takiej sytuacji). Uzupełniasz kocie miski, a następnie wdzięczny futrzak wskakuje na Twoje kolana, mruczy i zasypia. Podobnie wyglądał plan dnia kardynała Richelieu, który żył na przełomie XVI i XVII wieku. Problem w tym, że jego “praca zawodowa” polegała na ściganiu i mordowaniu wiedźm oraz ich kompanów, sługów szatana i wszelkich możliwych demonów. Kotów. Sam posiadał ich co najmniej 14, w tym również czarnego, który nazywał się… Lucyfer.

 

Historia kotów zaczęła się nieźle. Futrzaki postanowiły adoptować człowieka (nie wmawiajmy sobie, że było odwrotnie) i szybko owinęły go sobie wokół pazura. Były czczone, traktowane jak bóstwa. Powstawały o nich legendy, pojawiały się na obrazach, jak również nawiązywały do nich największe religie świata. To może zabrzmieć dziwnie, ale historia ludzkości  wpływała na koty, wystarczy wspomnieć o działaniach Kościoła lub epidemii dżumy. Madeline Swan prowadzi czytelnika przez kolejne epoki, przytacza historie, przez które człowiek musi wyglądać dziwnie podczas czytania – raz można umrzeć ze śmiechu, a za chwilę pojawia się przerażenie. Tak samo zmienny był status kota. Bezwzględnie kochane, potem ścigane i tępione, a w międzyczasie kojarzone z różnymi zabobonami. Sądziłam, że obecnie stosowany zwyczaj przywiązywania czerwonej wstążki do wózka z dzieckiem, by zapewnić mu ochronę przed demonami i innym dziadostwem, wygrywa mój prywatny ranking, ale po przeczytaniu książki na drugim miejscu zamieszczam wierzenie w to, że potarcie oka czarnym kotem wyleczy jęczmienia, natomiast pierwsze miejsce zajmuje wyjaśnienie bólu u ciężarnych. Sądzono, że w brzuchu takiej kobiety siedzą kocięta, które drapią ją od środka. Prawdopodobnie właśnie stąd wziął się idiom to have kittens, a aborcję nazywano wypuszczeniem kotków z brzucha.

 

Z kotami mam same sympatyczne skojarzenia, dlatego rzucając się na “Historię kotów” spodziewałam się czegoś w stylu śmiesznych filmików z You Tube’a w formie książki. Okładka również to sugerowała. Na szczęście nie mamy do czynienia z opowieścią o mruczkach, która  przypomina biografie celebrytów (choć jest jeden wspólny punkt: koty też nie napisały tej książki osobiście). Czytelnik znajdzie tu ogromną ilość informacji i ciekawostek podanych w wybornym sosie historycznym, który je porządkuje. Czy Szekspir lubił koty? Na czyjego kota wołano “Najczcigodniejszy arcyhrabia Rumpelstilzchen, markiz Pupostwa, hrabia Wszechświeżbu, baron Szczurobójstwa, Miauku i Drapu”? Na końcu książki znajdziemy listę słynnych miłośników (zostawiono trochę miejsca, więc śmiało można się dopisać) i wrogów kotów. Szkoda, że tej książki nie napisał autor polskiego pochodzenia, bo w przypadku Swan musimy zadowolić się tylko jedną informacją z naszego podwórka, ale autorka wymienia sporo nazwisk pisarzy, muzyków, naukowców, których wszyscy znamy. Oprócz informacji historycznych znajdziemy też omówienie najsławniejszych fikcyjnych kotów, które (nie bójmy się tego stwierdzenia) również omotały ludzi. To wszystko sprawia, że książka w pełni omawia koci majestat. Krótko mówiąc – Historia kotów to pozycja obowiązkowa dla każdego kociarza.

 

Alicja Sikora

Source: bookeriada.pl/recenzja-madeline-swan-historia-kotow
More posts
Your Dashboard view:
Need help?