logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: groteska
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-10-11 19:45
Komedia chwilami smutna, czyli o "Stu dniach bez słońca" Wita Szostaka
Sto dni bez słońca - Wit Szostak

Chyba każdy z nas poznał co najmniej jedną osobę, która jest tak bardzo przekonana o własnej wartości, że zaczyna brakować synonimów na opisanie jej zarozumialstwa, nadętości i megalomanii. Mówimy tu o postaciach znanych głównie z kreowania problemów, zamiast ich rozwiązywania; ludziach urodzonych po to, by dzielić włos na czworo, osobowościach wybitnych, bowiem dzięki takim spada procent bezrobocia - tak potrafią zorganizować pracę i przystąpić do działania, że nawet najprostszą fuchę, przeznaczoną dla jednej osoby na godzinę czasu są w stanie wykonywać roboczy tydzień wraz z czteroosobowym zespołem pracowników.

 

Z takim bohaterem mamy do czynienia w “Stu dniach bez słońca” Wita Szostaka. Niejaki Lesław Srebroń jest pierwszoosobowym narratorem tego pamiętnika, i słowami, w których od razu widać naturalną lekkość pióra i umysł rączy, tak typowy dla środowisk akademickich, przedstawia czytelnikom swoją trwającą cztery miesiące przygodę na wyspach Finneganach. Stawił się tam w wyniku klasycznych dla swego zawodu procesów służących pogłębianiu niebywale ważnych prac naukowych. W jego przypadku chodzi o przygotowanie monografii twórczości Filipa Włócznika, pisarza wybitnego. Miejsce, do którego trafił Lesław to na pierwszy rzut oka skromne miasteczko uniwersyteckie, w którym Srebroń natychmiast zajmuje należne mu miejsce, oszałamiając pozostałych akademików nie tylko płomiennymi mowami, ale także swoją osobowością, charyzmą, i naturalnymi skłonnościami przywódczymi idealnie idącymi w parze z lotnością jego umysłu.

 

Komuś zdawać się może, że poznawanie wydarzeń pisanych przez kogoś mającego o sobie tak duże mniemanie będzie mordęgą. Nic bardziej mylnego, Wit Szostak od pierwszych słów pokazuje, że co, jak co, ale nudno nie będzie. Lesław Srebroń jest postacią tak (nie)ciekawą, i tak (słabo)znającą życie, że uwierzcie mi - każda jego interpretacja wydarzeń jest warta poznania. To książka pełna humoru, choć trochę czarnego, a z pewnością groteskowego, jednak bez przesady. Do Monty Pythona jeszcze dużo brakuje. Oglądając zmagania bohatera z rzeczywistością nie można nie wybuchać śmiechem; człowiek ten bowiem jakby pochodził z innego świata, kompletnie nie rozumie co się dookoła niego dzieje, zamknięty w przekonaniu o swojej nawet nie wartości, ale głównej roli, obowiązkach, jakie na nim spoczywają.

 

Byłoby to śmieszne do samego końca, gdyby nie jedno: tacy ludzie istnieją i są wśród nas. Znamy ich. Kto wie, czy sami innym podobnymi się nie wydajemy? I zbliżając się do końca lektury obok śmiechu pojawia się żal, smutek, że dla takich nie ma nadziei, czego ojciec pasem nie wybije, to niestety pozostanie do śmierci…

 

Rzecz jasna jest tu o wiele więcej, niż tylko sam megaloman Lesław i jego wybitna praca naukowa. Autor (ale tym chodzi mi o prawdziwego, Wita Szostaka:) co chwilę porusza temat, który w prosty sposób można sobie podpiąć pod różne zjawiska, zarówno takie w skali mikro, między nami - kolegami, jak i makro: stosunek literatów do różnych gatunków, podziały na te lepsze i te gorsze, wreszcie sam Filip Włócznik także staje się na tyle wyraźnym pisarzem, by móc go umieścić w rzeczywistości, dowolnie, zgodnie z własnymi przekonaniami literackimi. No i trudno także nie kibicować autorowi w wyolbrzymianiu przywar niektórych “znawców”, tak mocno wykształconych, że już w zasadzie nie myślących, a jedynie operujących zwrotami, frazesami, cytatami, mającymi kolejny raz podkreślać znaczenie wypowiadającego, a w rzeczywistości będącymi zdaniami pełnymi pustych słów, brzmiącymi jak odgłos przelewania z pustego w próżne (+25 do grafomaństwa dla mnie). Ma do filozofii, teologii i innych niebywale ważnych “zawodów” zdrowy stosunek ten doktor… filozofii, autor. Uśmiałem się jak rzadko, ale i co nieco refleksji się przytrafiło, poważnie, na serio. Książka ląduje w ulubionych, a ja z radością dodaję Wita Szostaka do swojej listy pisarzy, których książki najlepiej jest czytać “w ciemno”, bez sięgania po blurby i opinie, by samemu móc odkrywać wszystko od początku do końca, tak bowiem dobra jest to proza.

 

Powergraph 2014

Like Reblog Comment
show activity (+)
text 2013-12-12 16:38
Nazi żydo-gotyk Igora Ostachowicza
Noc żywych Żydów - Ostachowicz Igor

Książka jest dziwna (na poziomie narracji), absurdalna (na poziomie konceptów), po jej przeczytaniu w głowie kołacze się pytanie: o co w ogóle chodzi i po co on to napisał? Tuż po zakończeniu lektury „Nocy żywych Żydów” możemy być nieco skonfundowani, a nawet zniesmaczeni.

 

Jednak dopiero po wywleczeniu na światło dzienne kilku tropów interpretacyjnych powieść prawdziwie zyskuje na wartości.

 

 

Dlaczego właśnie Żydzi stają się zombie?

 

Pierwszym pytaniem, jakie nasuwa się przy okazji lektury, jest czy i w jaki sposób „Noc żywych Żydów” wpisuje się w wieloletnią debatę i próbę rozliczenia się Polaków z własną historią i polsko-żydowskimi stosunkami. W powieści współcześni warszawiacy – będący zaledwie ruchomym tłem wydarzeń – po raz kolejny uświadamiają sobie, że de facto żyją na jednym wielkim cmentarzu, i to cmentarzu specyficznej dla naszej historii grupy ludzi. Jednak wyraźniej uwaga zwrócona jest tutaj na fakt tabuizacji i wyparcia pewnych kwestii z polskiej pamięci zbiorowej. Dlaczego niektórzy Żydzi stają się zombie? Ponieważ są to ci, którzy z jakichś powodów nie spełniają warunków, by wejść do nieba – ze względu na tkwiącą w nich nienawiść, potrzebę dokonania zemsty i, przede wszystkim, ponieważ nikt, żaden krewny, czy przyjaciel, w należyty sposób nie pochylił się nad ich śmiercią, nie odmówił modlitwy, nie pochował szczątków. Nikt - ponieważ wszyscy tak samo zginęli. A dlaczego wśród zombie nie ma Polaków?

Polacy są napasieni zniczami, kwiatami, modlitwami, wspominkami. Jeśli nawet komuś mało, bo go coś dręczy, to i tak chce się uciekać z cmentarza jak najdalej od tych wszystkich apeli poległych, uroczystych mszy, przemówień, akademii, salw armatnich. Jak szukasz katolików, to wielu ich tu nie znajdziesz

Tak komfortowo czujemy się z pamięcią dotyczącą własnego narodu – palimy znicze! wywieszamy flagi! chodzimy na msze! – i zapominamy o innych nacjach, które stanowiły istotny element naszego społeczeństwa. Ktoś mógłby powiedzieć – przecież mamy już Muzeum Historii Żydów Polskich. Jasne. Okazuje się jednak, że nie tego potrzebują Żydzi. Pojawia się bowiem pytanie:

 

 

Dlaczego zombie chcą spędzać czas w centrum handlowym Arkadia?

 

Jednym z najbardziej groteskowo-abstrakcyjnych elementów powieści jest znaczenie i miejsce, jakie autor przypisuje temu największemu warszawskiemu centrum handlowemu.

 

Jedna z zombie-bohaterek, nastoletnia Rachela (która zdecydowanie woli, kiedy nazywa się ją Rejczel), nie może zostać zbawiona, dopóki na jej twarzy nie pojawi się uśmiech. Toteż główni bohaterowie wpadają na pomysł zabrania jej na wycieczkę do Arkadii, pójścia na lody czy zrobienia zakupów w modnym sklepie odzieżowym. Wprawdzie cel nie zostaje osiągnięty, jednak kiedy Rejczel opowiada innym zombie o swoich doświadczeniach na powierzchni, mieszkanie pary głównych bohaterów (w którego piwnicy znajduje się przejście do podziemnego cmentarza – rzecz dzieje się bowiem na Muranowie) naraz zapełnia się gromadą zombie dzieci i nastolatków, które również chcą przebrać się w nowoczesne ubrania, posłuchać współczesnej muzyki, dowiedzieć się, co to jest iPod, i jak obsługuje się nowoczesną elektronikę. Z czasem do młodzieży dołączają i dorośli, wszyscy garną się do Arkadii i chcą zakosztować współczesnego, konsumpcyjnego świata.

 

Kwestia dialogu polsko-żydowskiego zostaje sprowadzona do poziomu popkultury (skonsternowanym klientom Arkadii powtarza się, że osobliwi przybysze są przebranymi uczestnikami Zombie Walk) i ostatecznie zostaje rozcieńczona w kulturze konsumpcyjnej. Pojawiający się na powierzchni Żydzi nie domagają się upamiętnienia Holocaustu, wyraźnego zaznaczenia swojej obecności w polskim społeczeństwie. To Arkadia – a nie Muzeum Historii Żydów Polskich – okazuje się być tym, czego naprawdę potrzebują.

 

 

Zły bohater – neofaszyzm

 

To zdecydowanie mój ulubiony wątek tej powieści. Kwintesencjonalnie złym charakterem jest tutaj sam diabeł żywcem wyjęty z tradycji ludowej – ma kopyta, rogi, roztacza wokół zapach siarki. Tworzy on „armię”, która ma rozprawić się z wychodzącymi na ulice Żydami, a jej szeregi zapełniają współcześni neofaszyści. Przedstawieni są w karykaturalnej postaci jako przerośnięte półgłówki, które zwyczajnie lubią się napierdalać dla samej zasady, posługując się przy tym neonacjonalistyczną retoryką w wersji agresywnej i wulgarnej. Moja ulubiona scena to ta, w której grupka kilku neofaszystów siedzi w Lasku Bielańskim w poczuciu wyraźnego braku sensu i celu, pijąc piwo i zastanawiając się nad tym, co by tu rozwalić, aby umniejszyć swój dyskomfort. Nagle wyrasta przed nimi – przybyły prosto z piekła – niemiecki oficer w mundurze SS, którego wypowiedź doskonale ilustruje kompleksy, jakie – w moim odczuciu – targają współczesnymi neonazistami, atakującymi squaty i palącymi instalacje artystyczne na warszawskim pl. Zbawiciela:

– I czo? Polszkie male gówno, chcecze bycz nazisten?

– Jawohl Oberkommandant! – wykrzyczeli zachwyceni chłopcy, wyciągając z entuzjazmem ręce w ulubionym pozdrowieniu szubrawców.

Ostatecznie, w finałowej scenie „batalii o Arkadię”, kiedy stłoczeni w centrum handlowym zombie otoczeni zostają przez wroga i walczą o przetrwanie, armia szatana rozrasta się do naprawdę dużych rozmiarów, do Warszawy zjeżdżają się bojówki z całej Polski. Z jednej strony Ostachowicz traktuje neonazistów protekcjonalnie i prześmiewczo jako masę bezmózgich typów - zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z poszczególnymi osobnikami (jak choćby w przerażająco-groteskowj scenie, w której jeden z osiłków zaraz ma wyważyć drzwi łazienki, w której ukrywa się jedna z bohaterek, i ją zgwałcić, jednak zanim to się staje, masturbuje się w tak zapamiętały sposób, że ostatecznie spuszcza się na wciąż zamknięte drzwi, zaś na obelgi i wrzaski diabła rezolutnie odpowiada, że "chwilowo już mu się nie chce"). Jednak z drugiej strony nie możemy zapominać, że w dużej grupie są naprawdę agresywni i naprawdę mogą zagrażać otoczeniu.

 

 

Wszyscy jesteśmy glazurnikami z wyższym wykształceniem

 

Ostatnim wątkiem, na który chciałabym zwrócić uwagę, to postać głównego bohatera – anonimowego trzydziestolatka, który co prawda ma tytuł magistra („jakiego? czy to ważne?”), ale na co dzień zajmuje się układaniem płytek. Mieszka ze swoją anorektyczną, uzależnioną od Internetu dziewczyną – Chudą – i prowadzi przeciętne i pozbawione wyższych lotów życie. Pod wpływem swoich doświadczeń z zombie-Żydami zachodzi w nim przemiana, odkrywa w sobie odwagę i bohaterskość, pewne rzeczy zaczynają go w końcu obchodzić i ostatecznie to on staje na czele obrony Arkadii. W pewnym momencie wypowiada fantastyczną kwestię, nie tylko dla zagadnienia dialogu polsko-żydowskiego, ale i dla sprawy tożsamości narodowej:

Cała ta przeklęta szerokość geograficzna na każdej wysokości i głębokości jest gruntownie przesiąknięta bólem i strachem, o który ja się ledwie otarłem. Wszystkie te jęki i krzyki, łzy i krew, jedni odeszli, inni się błąkają, tu każdy atom jest zbrukany złem. Jeśli świat jest pełen rudy zła, to tu u nas została wytopiona w piecu. Wielka produkcja najczystszego zła w piecach, w których ludzie palą ludźmi. Zło to pierwiastek promieniotwórczy, wszystko jest tu napromieniowane, wszystko jest zło aktywne. Mogę sobie to obłożyć nawet podwójną warstwą kafelków, na spód nasze z Opoczna, a na wierzch terakota importowana ze spokojnych, społecznych miejsc, gdzie żyje się od wakacji do wakacji, mogę nimi wybrukować całą Warszawę i całą Polskę i możemy się po nich wesoło ślizgać w samych skarpetach z wełny górali, co to wszystko zapomnieli oprócz sabałowego pierdolenia, ale i tak nie będziemy beztroscy jak najarani Holendrzy, wywijający piruety na zamarzniętych kanałach. Żeby to był chociaż zwykły cmentarz. No dobra, dochodzę do siebie, jestem przekonany o wyjątkowości swojej polskiej doli; fatum, nieszczęście i rozczulanie się nad sobą, jednym słowem, łapię równowagę.

Mamy dość tej martyrologii i nieustannego nakierowania na pamięć, zadumę, refleksję, a jednocześnie nie możemy się od tego uwolnić i taki jest już nasz los. Ostachowicz, jak mi się zdaje, próbuje nieco złagodzić owo tragiczne błędne koło, wybierając właśnie ramy konsumpcyjno-popkulturowe, groteskę i absurdalny, gorzkawy humor. W istocie jednak nie daje nam on żadnej odpowiedzi, nie proponuje rozwiązań na poziomie społecznym czy politycznym. Gdyby tak rozbudować kilka wątków i bardziej nad nimi popracować, myślę, że wówczas otrzymalibyśmy książkę naprawdę ciekawą i wysokich lotów.

 

Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich to przekona. Jednak ci, którzy lubią groteskę, abstrakcyjny humor i rozwiązania rodem z kiepskich horrorów, mogą być zainteresowani. No i oczywiście, pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów zombie!

 

Like Reblog Comment
review 2013-06-11 19:55
Zabawa w groteskę
Noc żywych Żydów - Igor Ostachowicz
Miało być intrygująco i kontrowersyjnie - Warszawa, zombie-Żydzi, neofaszyści i Arkadia. Do tego bohater, który nie jest bohaterem, zbyt młode feministki i krążący po okolicy diabeł-erotoman. Jednak gdzieś miedzy alegoriami o skomplikowanej polskiej przeszłości oraz zabawą formą i treścią brakuje czegoś więcej. Dostajemy więc po prostu dość dobrze napisaną książkę z całkiem niezłą (na początku) historią, która wykorzystuje modną konwencję i kilka popularnych stereotypów. Niestety pomysły skończyły się autorowi gdzieś w połowie pisania i nie do końca wiedział co z tym zrobić. I zostało mu już tylko brnięcie w groteskę..
 
Większość komentatorów zwraca uwagę przede wszystkim na to, czym na co dzień zajmuje się autor. Szkoda, że po tak ciekawie się zapowiadającej książce zostaje w pamięci przede wszystkim to..
Like Reblog Comment
review 2013-04-04 10:02
Dawid Kain - "Dyskoteka w krematorium / Prawy, lewy, złamany"
Prawy, lewy, złamany - Dawid Kain
Wydana w ciekawej akcji BookRage książka Dawida Kaina okazuje się być tak naprawdę dwiema powieściami. Drugą z nich jest wydany jakiś czas temu “Prawy, lewy, złamany”, potem przez autora udostępniony wszystkim za darmo w formie ebooka. I też od razu proponuję właśnie od tej drugiej książki lekturę zacząć, bowiem jest o wiele bardziej interesująca, przemyślana i pozwala czytelnikowi na mocne wejście w sam środek historii, po czym wyjście z własnymi wrażeniami, przemyśleniami czy refleksjami.
 
Bohaterami “Prawego...” jest kilkoro mieszkańców jednego z typowych polskich blokowisk. Każdy z nich pewnego dnia dostrzega, że na jednym z kanałów ichniej telewizji kablowej nadawany jest przedziwny program, w którym można oglądać innych mieszkańców okolicy, zupełnie nie zdających sobie sprawy z tego, że są obserwowani.
 
Ten motyw jest jednak tylko punktem wyjścia do pokazania przeróżnych wizji, zarówno tych, które spłyną na naszych bohaterów, jak i na czytelnika. Dawid Kain świetnie bawi się z nami, pokazując codzienne sytuacje zwykłych bohaterów, postaci takich jak sam czytelnik, dbając o to, by fabuła była poskładana i pozbawiona braków, a jednocześnie zaczyna temat szeroko rozumianej sztuki, a właściwie Sztuki przez duże Sz. Przynajmniej mi się tak wydaje :-) Pokazany jest nasz świat, gdzie tak naprawdę nikt już nie wie czym sztuka tak w ogóle jest, a artystą zostaje nazwany po prostu każdy; słowa takie jak “artysta”, “twórca” są już równoznaczne ze słowem “celebryta”. Krytycy dawno przestali udawać, że wiedzą o co kolejnym “artystom” chodzi i co chcą przekazać... nieliczni doskonale zdają sobie sprawę, że przekazać chcą dokładnie nic, jednak ludziom to wystarczy, by przedstawienie trwało dalej, a kolejny durny program gonił poprzedni. W świecie, który zaoferował widzom rozrywkę typu reality show przecież może być już tylko gorzej, teraz trzeba się po prostu dostosować, albo telewizor wyłączyć. Jednak każdy, kto tej ostatniej opcji spróbuje szybko zrozumie, że to rozwiązanie wcale nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać.
 
Dlatego prawdziwej Sztuki trzeba poszukiwać, choć wcale nie wiadomo, czy ona w ogóle istnieje. Czy kiedykolwiek istniała? A może wszyscy jesteśmy tylko zmanipulowani, stale od nowa, wciąż i wciąż? Czym w ogóle ta Sztuka miałaby być? A może właśnie Sztuką jest to, co podoba się ludziom? Może właśnie jest nią reality show, telewizja śniadaniowa i programy pokazujące osoby zwane gwiazdami, które dzięki tym programom tak zwanymi gwiazdami mają się stać? A może w ogóle nie ma sensu się nad tym zastanawiać? Może lepiej zmienić kanał? Albo skoczyć z okna?
 
Po lekturze “Prawego, lewego, złamanego” zostało mi wrażenie, że autorowi udało się osiągnąć coś, co dziś jest coraz rzadsze: otóż inni czytelnicy mogą tu zobaczyć coś zupełnie innego niż ja. Jest to powieść należąca do gatunku bizarro, jednak jest też czymś o wiele więcej. Wydaje mi się, że z bizarro wychodzi, nie tkwi sztucznie w nagromadzeniu groteski, obrzydliwości i różnych wizji, pokazuje coś więcej.
 
Nieco inaczej jest w przypadku “Dyskoteki w krematorium”. Sympatyczna powiastka, nie powiem, jednak nie oferuje tego, co “Prawy...”. Z pewnością może się podobać, jednak blednie na tle drugiej opublikowanej tu powieści, podobnie blednie na tle opowiadań, dzięki którym poznałem prozę Dawida Kaina, niegdyś drukowanych w Magazynie Fantastycznym. W “Dyskotece...” jak dla mnie jest stanowczo zbyt często podkreślana przynależność do gatunku bizarro, różnymi słowami, zdaniami, frazami - uporczywie przypomina nam się, że czytamy coś dziwnego, a z każdym przypomnieniem lektura była dla mnie mniej wciągająca.
 
Oczywiście książkę bardzo polecam, i przypominam, że “Prawy, lewy, złamany” jest dostępny za darmo, wystarczy wpisać tytuł w Google by dowiedzieć się skąd można książkę ściągnąć jak najbardziej legalnie.
 
Dyskoteka w krematorium
 
Dyskoteka w krematorium
Code Red Tomach Stachewicz 2013
Like Reblog Comment
review 2013-03-19 06:57
Łukasz Orbitowski - "Widma"
Widma - Ewa Białołęcka, Jakub Ćwiek, Maciej Guzek, Aleksandra Janusz, Witold Jabłoński, Mariusz Kaszyński, Kazimierz Kyrcz, Łukasz Radecki, Dariusz Łowczynowski, Łukasz Orbitowski, Jacek Piekara, K

Uparcie “Widma” nazywa się powieścią z nurtu “historii alternatywnej”, stawiając książkę obok dziesiątek rzeczywiście do tego gatunku należących (panowie Spychalski, Mortka, Pilipiuk). Jednak ja uważam, że historia alternatywna powinna skupiać się na historii właśnie, opisaniu tego, co wedle autora mogło się zdarzyć, gdyby nie zdarzyło się to, co rzeczywiście się zdarzyło :-)

A “Widma” z historią alternatywną wspólny mają tylko punkt wyjścia - nie doszło do wybuchu Powstania Warszawskiego. Jednak dlaczego nie doszło oraz co z tego wynikło, to już nie jest historia alternatywna, tylko potężna opowieść, którą strawić jest bardzo ciężko, choćby dlatego, że trudno jest wskazać, ot tak, po prostu, o czym “Widma” są? Bo nie wydaje mi się, by były pisane ani dla historii, ani dla Historii.

Niektórzy uważają, że “Widma” są o Warszawie. Tym dziwnym mieście, które dla Warszawiaków ma tak wielkie znaczenie, a dla reszty Polaków nie mniejsze, tylko że całkiem inne. Ja jednak zdecydowanie bardziej wolę “Widma” widzieć jako powieść o poezji i miłości między dwojgiem ludzi, miłości pięknej i czystej, jak prosto z książki - a zatem miłości niemożliwej do zrealizowania, do przedsięwzięcia, do przemiany w coś więcej, na przykład dobry żywot. Doskonale mi się czytało o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim jako pechowcu, który przeżył wojnę i teraz próbuje coś osiągnąć w rzeczywistości socrealistycznej. Autor jednak nie skupia się w opowieści na kreowaniu starych scen, znanych nam z lekcji historii, z nowymi postaciami, które w naszym świecie w owych scenach udziału brać nie mogły. To by było zbyt proste - Łukasz Orbitowski jak zwykle idzie swoją dziwną drogą, cholera wie, czy sam w ogóle wiedział, gdzie owa droga Go zaprowadzi - i pisze o kompletnie wszystkim, zarazem często opowiadając też, niestety, o niczym.

Mamy naszego Krzysia i jego Basię, jest i synek Staś oraz “znajoma” Hania. Poza tym jest nie do końca normalny Janek oraz równie, a jednak zupełnie inaczej, nienormalny Wiktor. Poza nimi nie brak i innych postaci, a każda z nich w takim samym stopniu jest realna, jak i przedstawia sobą coś więcej, niż tylko człowieka - może jakiś czyn, może jakiś stereotyp, że już nie będę się silił na błazeńskie “pleple co autor miał na myśli” i na tych dwóch “może” poprzestanę.

I chwilami widać Krzysia, jak próbuje coś osiągnąć w socjalizmie, czując, że pisane mu było coś więcej, niż tylko klepać wiersze na zamówiony temat. Widać, jak Krzyś idzie do pracy fizycznej i widać, jak poeci i inni delikatni mężczyźni w takiej pracy są traktowani. Widać w końcu, jak poezja niewiele jest warta w prawdziwym życiu i jak słowa - choćby i najpiękniejsze - pozostają tylko słowami, które przez chwilę może i ładnie brzmiały na wietrze, lecz szybko minęły, i trzeba wracać do zmierzłych żon, pijanych mężów, chorych dzieci, zawistnych teściów i świata tak pełnego brudu i niesprawiedliwości, jak tylko na naszym świecie jest to możliwe.

Jest w końcu Krzyś też świetnym przykładem nowego typu Polaka, Polaka wcale nie zgniecionego ciężkim butem innych, ale przede wszystkim przydeptanego własnym, romantycznym pantoflem przez tak długi czas, że już w zasadzie sam potrafi tylko marzyć, lecz nie działać. Żyje w świecie, w którym kiedyś osiągnie należny mu sukces, zasługuje zdecydowanie na więcej, niż ma, jest wiecznie niedoceniany, a najbliżsi zamiast pomagać, tylko przeszkadzają i w ogóle na nikogo liczyć nie można. Jest takim Polakiem, jakich dookoła nas są setki i tysiące, jakimi często jesteśmy (lub przynajmniej bywamy) my sami, i patrząc na niego i jego stosunek do żony, syna, matki, kochanki, rzeczywistości i poezji chce się tylko strzelić takiego w pysk i przypomnieć, że mężczyzna powinien przynajmniej udawać mężczyznę. I wziąć się do uczciwej pracy. I przestać mówić “kiedyś będę”, tylko zacząć być.

Fajna książka, tylko strasznie skomplikowana przedziwnymi wizjami i obrazami, jakie Autor nagromadził a potem skrupulatnie przelewał na papier, czy też na ekran jakiegoś PeCeta. Da się czytać, ale raczej z przerwami na złapanie oddechu i nabranie lekkiego dystansu. Z pewnością nie jest to lektura łatwa, szybka i przyjemna, bywa też monotonna i trudna, zdarza się nawet, że wywołuje zdrowy i spokojny sen, ale z drugiej strony na pewno nie można zaliczyć “Widm” do zwykłej literatury rozrywkowej. Nie, “Widma” zasługują na miejsce na osobnej półce, przeznaczonej dla tych nieco odważniejszych autorów, z których książkami trzeba nieco powalczyć, czasem nawet przy nich nie osiągnąć spełnienia - ale o których też przez bardzo długi czas się nie zapomni. Nawet, jeśli czytelnik czuje, że wracać do takiej też już nie będzie.

 

Widma

Wydawnictwo Literackie 2012

More posts
Your Dashboard view:
Need help?