logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: Rebis
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-06-04 22:00
Judasz

 

Amos Oz

Rebis, 2015

 

Judasz:

1) postać z Nowego Testamentu, jeden z uczniów Jezusa, apostoł który za kwotę 30 srebrników wydał swojego Pana w ręce Sanhedrynu, skazując go tym samym na śmierć. Mówi się też, że pisał własną ewangelię, aczkolwiek Kościół twierdzi, że można tę informację włożyć między bajki.

2) osoba fałszywa, obłudna, skłonna do zdrady

 

Najnowsza książka Amosa Oza to 364 strony tego, do czego autor zdążył nas już przyzwyczaić w swojej dotychczasowej twórczości. Mamy tutaj do czynienia z pozornie mało rozbudowaną historią (młody chłopak rzuca studia i podejmuje się pracy w domu starszego, schorowanego mężczyzny), która nie dość, że jest opowiedziana w piękny, subtelny sposób, to jeszcze zawiera w sobie wyjątkowo duży ładunek intelektualny. Śmiem twierdzić, że w przypadku jego najnowszej książki jest on wyjątkowo duży, bo zmusza nas do skupienia się aż na dwóch problemach: religijnym i politycznym.

 

Judasz ujawnia się w tekście Oza w obu znaczeniach. Zacznijmy od tego dosłownego. Należy wyjaśnić, że nasz bohater, Szmuel, nie odcina się zupełnie od dopiero co porzuconych studiów, głowę wciąż zaprząta mu niedokończona praca magisterska pt. „Jezus w oczach Żydów”. Oz co jakiś czas przerywa narrację fragmentami rozważań chłopaka, który z czasem coraz większą uwagę zaczyna poświęcać właśnie postaci Judasza, dochodząc do przewrotnego wniosku, że to właśnie Judasz był najwierniejszym apostołem Jezusa. Choć takie twierdzenie może niektórych zbulwersować, to jednak po przeczytaniu argumentów Szumela trudno odmówić mu racji. Podważa on znaczenie 30 srebrników, pisze o domniemanym samobójstwie Judasza. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że tym wątkiem autor celuje m.in. właśnie w nas, Polaków, naród wciąż postrzegany za bastion wiary chrześcijańskiej i to w tym najbardziej konserwatywnym wydaniu.

 

Równolegle Oz toczy również rozważania nad sytuacją polityczną Izraela. Akcja powieści toczy się bowiem w Jerozolimie w późnych latach 50. XX wieku na terenie państwa, które dopiero co zostało utworzone. W tym kontekście pojawia się drugi Judasz, Abrabalnel, postać, która miała czelność sprzeciwić się utworzeniu państwa żydowskiego, marzeniu o którym wszyscy wyznawcy Judaizmu śnili od lat i które wreszcie miało okazję się spełnić. Przeczuwał on, że będzie to stanowiło zarzewie konfliktu, który może przynieść więcej szkód, niż pożytku. I choć z miejsca został uznany za zdrajcę, to jak się wkrótce okazało miał sporo racji. W dniu proklamacji niepodległości wybuchła wojna izraelsko-arabska, a za nią kolejne konflikty. Można mu jednak wytknąć naiwność w kwestii pokojowej koegzystencji Żydów i Muzułmanów, porozumienia, którego chyba już nigdy (obym się myliła) nie uda się wypracować. Jakby w kontrze pojawia się drugi mężczyzna, który nie patrząc na uwagi innych, nawet wbrew zaleceniom lekarskim, idzie walczyć o wolne państwo Izrael, za które ostatecznie oddaje życie.

 

„Judasz” to książka przedziwna. Akcji praktycznie w niej nie można uświadczyć, a mimo jakaś tajemna siła sprawia, że nie można się od niej oderwać. Być może jest to spowodowane aurą tajemniczości, którą Oz tak umiejętnie roztacza nad większością swoich dzieł. W końcu wraz z bohaterem trafiamy do domu, o którym zupełnie nic nie wiemy. Przed nami wiele tajemnic do rozwiązania: dlaczego starszy mężczyzna jest samotny, kim jest mieszkająca z nim kobieta, co się stało z poprzednim opiekunem. Liczba pytań w trakcie lektury będzie tylko rosła i, co chyba nie będzie wielkim zaskoczeniem, wraz z jej końcem nie otrzymamy na nie wszystkie odpowiedzi.

 

Ci, którzy niespecjalne pasjonują się kwestią polityki lub nie obchodzi ich zgłębianie istoty religii, znajdą w „Judaszu” również dość ciekawy wątek miłosny, spacery w trakcie których możemy podziwiać topografię Palestyny sprzed ponad pół wieku oraz, a nawet przede wszystkim, piękny, subtelny język, który sprawia, że książkę tą można spokojnie zaliczyć do grona literatury prawdziwie pięknej (za to podziękowania należą się również tłumaczowi, Leszkowi Kwiatkowskiemu).

 

Amos Oz stworzył pojemną książkę, która okaże się ważna zarówno dla obywateli jego ojczyzny, którzy wciąż żyją w cieniu konfliktu (obecnie z Palestyną), jak i dla Polaka, któremu zdecydowanie przyda się odświeżone spojrzenie na kwestie zawarte w Piśmie Świętym. Aż trudno uwierzyć, że wszystko to, razem z licznymi wątkami pobocznymi udało się mu zmieścić na zaledwie 364 stronach.

 

Akademio proszę, przyznaj mu już tego Nobla. Zasługuje na to, naprawdę.

 

 

Więcej na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego:

Oczy zasypane piaskiem

Dziennik czasu okupacji

 

Like Reblog Comment
show activity (+)
text 2015-05-06 09:39
Nowości - maj 2015

 

 

Zapraszam do subiektywnego przeglądu nowości majowych.

 

 

Read more
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-01-06 10:48
Rycerz Żałosnego Oblicza wiecznie żywy
Przemyślny szlachcic Don Kichot z Manczy - Miguel de Cervantes Saavedra

 

Don Kichota zna każdy. Wychudzona postać z kopią, jadąca na szkapie w towarzystwie grubego giermka jest rozpoznawana chyba pod każdą szerokością geograficzną, podobnie jak Hamlet z czaszką w ręku. Ale kto spośród polskich czytelników naprawdę zna tekst Cervantesa?

 

Problem w tym, że jego lektura była dotąd w języku polskim sporym wyzwaniem – wszystkie istniejące tłumaczenia były przestarzałe, brakowało wydania krytycznego, a w dodatku autorzy przekładów Don Kichota niepotrzebnie archaizowali tekst, w związku z czym dla współczesnego odbiorcy stał się on niemal nieczytelny. A szkoda, bo historia Rycerza Żałosnego Oblicza była oryginalnie pisana językiem zrozumiałym przez każdego czytelnika posługującego się językiem hiszpańskim, a stylizacje obejmowały wyłącznie te fragmenty, w których bohater mówił językiem romansów rycerskich. A tych wcale nie było tak dużo, jak by mógł sądzić odbiorca polskiego przekładu.

 

I to właśnie sprawiło, że Don Kichot znalazł się w ścisłej czołówce tekstów, o których każdy jakieś tam blade pojęcia miał, ale raczej błędne – razem z Podróżami Guliwera. Kichota i Guliwera znamy przede wszystkim z kreskówek i skróconych, bajkowych wersji dla dzieci, a w najlepszym razie z fragmentów oryginalnych tekstów, bo na całość zawsze brakuje czasu i chęci. A przecież satyra Swifta to nie przygody olbrzyma związanego przez małe ludziki na plaży (taki był tylko punkt wyjścia), natomiast Don Kichot to nie tylko historia o walce z wiatrakami. W tekście Cervantesa zajmuje ona tylko dwie strony i jest jednym z wielu niezliczonych przejawów szaleństwa szlachcica z Manczy – obok walki z owcami czy bukłakami wina.

 

Mnie się udało przeczytać (i to z niemałym trudem) powieść Cervantesa w przekładzie Czernych dopiero po skończeniu filologii – wcześniej mi się nie chciało, a w dodatku czułem, że brakuje mi kompetencji. A przecież cztery wieki nieustannej popularności tego tekstu na całym świecie to przede wszystkim odczytania dokonywane nawet przez zupełnie niewykształconych czytelników. Podobno Don Kichot był (obok Biblii) książką najczęściej zabieraną w podróż przez ludzi wyruszających z Hiszpanii do Ameryki Południowej. Podobno był też książką, która cieszyła się największym wzięciem wśród złodziei. I dlatego powinna być czytelna dla każdego.

 

Nowy przekład Wojciecha Charchalisa rozwiązuje te problemy. Jest znacznie bliższy duchowi języka Cervantesa, bo nie jest w całości stylizowany. W końcu Kichot rozprawiający o czymś innym niż powinności błędnego rycerza to Kichot posługujący się potoczną odmianą języka. I dlatego Charchalis stosuje kilometrowe okresy retoryczne (bo tak rzeczywiście Kichot po kastylijsku mówił), ale wyrzuca zbędne archaizmy, wydobywa tkwiący w języku powieści przeogromny potencjał komiczny (np. poprzez przytaczanie przez Sancza przysłów i mądrości ludowych w niepasujących do nich kontekstach), a do tego nie cofa się przed wulgaryzmami (np. gdy bohater przyznaje, że coś chuj strzelił), które przecież w tekście Cervantesa śmieszyły czytelników do łez. Charchalis zrobił z Don Kichotem to, co Barańczak z Szekspirem – uwspółcześnił go, sięgając jednocześnie do źródeł, przybliżając tym samym współczesnemu czytelnikowi tekst najbliższy w swoim charakterze oryginałowi.

 

Tłumacz konsekwentnie przekłada również niemal wszystkie, licznie w tekście zawarte, prześmiewcze nazwiska i fikcyjne nazwy geograficzne (np. Duppenlitz von Fetor, suweren wyspy Wredocji), które wcześniej nie śmieszyły wcale, bądź wywoływały lekki uśmieszek dopiero po przebrnięciu przez długie przypisy. W ten sposób potraktował nawet te postaci, które zdawały się nietykalne: Sancho Pansa stał się Sanczem Brzuchaczem (Charchalis podaje przy okazji, że imię giermka oznacza największego głupka we wsi), Dulcynea z Toboso zamieniła się cudownie w Cudenię z Toboso, a koń Rosynant w Chabettona.

 

Nazwisko błędnego rycerza okazało się nietykalne. Ale już jego przydomek można było wyretuszować. Zamiast Rycerza Smętnego Oblicza (na modłę romantyczną) mamy u Charchalisa Rycerza Żałosnego Oblicza. Mnie taki wizerunek Kichota bardziej odpowiada, bo podkreśla komiczny charakter tekstu, który pozostaje przede wszystkim satyrą na głupotę ludzi – i tych żyjących w XVII wieku, i tych z pokolenia millenium. Poza tym słowo „żałosny” po prostu lepiej do Kichota pasuje. W końcu przydomek zostaje rycerzowi nadany chwilę po tym, jak pogruchotano mu szczękę.

 

Kim jest szlachcic z Manczy po liftingu? Na pewno nie bohaterem bajki dla dzieci ani postacią zredukowaną do wizerunku wariata szukającego urojonych przygód. Ale mam też wrażenie, że współczesnemu Kichotowi daleko do romantycznego wyobrażenia tej postaci, czyli niezrozumianego, cierpiącego samotnika (rodem z grafik Sawwy Brodskiego, mocno zakorzenionych w polskiej popkulturze dzięki Legendzie Armii – nawet gdzieś kiedyś czytałem, że chodziło o podobieństwo Rycerza Żałosnego Oblicza do cierpiącego Chrystusa).

 

A może jest inaczej – każdy ma takiego Kichota, na jakiego zasługuje? Romantycy widzieli w nim mesjanistycznego cierpiętnika, my widzimy człowieka ucieleśniającego ponowoczesne niemal zagubienie w różnych sprzecznych narracjach (m.in. romanse rycerskie, religia katolicka, miłość sentymentalna, powieści łotrzykowskie). Możemy też postrzegać Kichota jako postać w satyryczny sposób ukazującą fanatyzm. A jest to obłęd w rozmaitych wydaniach – politycznym (wątki wojenne), religijnym (wszechobecne w powieści Święte Bractwo), kulturowym (romanse rycerskie jako przyczyna szaleństwa). Dodajmy do tego manię Sancza, który co chwilę zaraża się szaleństwem Kichota (z głupoty, z żądzy władzy nad obiecaną mu przez Kichota wyspą, a może nawet z miłości do swojego pana?), a uniwersalny obraz fanatyzmu będzie kompletny.

 

Kichota wyróżnia spośród tłumu innych fanatyków to, że jego obłęd ujawnia się tylko od czasu do czasu. Bohater potrafi spojrzeć krytycznie na całą resztę rzeczywistości, która nierzadko przerasta głupotą zarówno walkę z wiatrakami, jak i całą szaleńczą wędrówkę Kichota po Hiszpanii. A w dodatku mówi o tym całkiem trzeźwo. Mało tego, potrafi nawet dość rozsądnie mówić o swoim własnym obłędzie. Tej umiejętności brakuje niestety większości współczesnych fanatyków – także tych zaludniających polskie miejscowości, których nazwy nie mam ochoty sobie przypomnieć.

 

 

 

www.facebook.com/literaturasaute

 

Like Reblog Comment
show activity (+)
text 2014-07-31 17:14
Czytajmy o Powstaniu Warszawskim

 

Już jutro przypada kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, w tym roku wyjątkowa, bo 70. Z tej okazji na rynku zapanował wysyp publikacji starających się już nie tylko przybliżyć czytelnikom te dramatyczne wydarzenia, ale podejmujących próbę oceny zasadności zorganizowania tego zbrojnego wystąpienia mieszkańców okupowanej stolicy. Bez względu na to, jaki jest nasz stosunek do Powstania, powinniśmy w tak szczególnym momencie sięgnąć po przynajmniej jedną z nich, chociażby po to, by lepiej zrozumieć te tak już odległe zajścia.

 

Oto kilka propozycji publikacji poświęconych Powstaniu Warszawskiemu. Nie wszystkie z nich to nowości, część to rocznicowe reedycje, inne to po prostu pozycje obowiązkowe, które wypada (choćby pobieżnie) znać.

 

Read more
Like Reblog Comment
review 2014-07-14 00:00
Aposiopesis
Aposiopesis - Andrzej W. Sawicki

[...] Nieskomplikowana intryga służy wyłącznie kibicowaniu dzielnej grupce i stwarza pretekst do jej prezentacji. A kibicować jest komu, bo to grupka udana. I nawet wyrwanie przyrodzenia tym niedobrym (scena bardziej niesmaczna niż śmieszna, z rodzaju mocno niesubtelnego humoru, niepasująca do lekkości całej reszty), jest usprawiedliwione. Zresztą, źli bywają całkiem poczciwi; większość czarnych charakterów została zaledwie maźnięta sadzą. Groźny feldmarszałek Berg to równocześnie swojski, chociaż gderliwy dziadzio, astralne byty nieszczególnie przerażają, a w każdym urzędzie znajdzie się pomocny automat, gorliwy wyznawca Żelaznego Boga. I jest sympatycznie…

 

…bo przecież miało tak być.

 

„Aposiopesis” to taki steampunkowe fiu-bździu, lektura na kanikułę, do hamaka, przed snem. Wdzięczne nic, zmyślna błyskotka. Jako taka, spełnia swoją rolę: ożywia nudną i sztywną codzienność, pełną krawatów, kitlów i garsonek.

 

Całość recenzji na portalu Qfant:

http://www.qfant.pl/review/8235-2/

More posts
Your Dashboard view:
Need help?