logo
Wrong email address or username
Wrong email address or username
Incorrect verification code
back to top
Search tags: wieś
Load new posts () and activity
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2015-10-04 19:11
"Oberki do końca świata", czyli muzykowanie z Witem Szostakiem
Oberki do końca świata - Wit Szostak

Jakby mi ktoś przepowiedział, że zachwycać się będę książką opowiadającą o wsi, pomyślałbym, że słaby z niego Nostradamus. I mocno bym się pomylił, bo opowieść o Józefie Wichrze, jego przodkach i potomkach, to rzecz jak najbardziej godna zachwytu.

 

Poznajemy Józefa gdy spogląda na zdjęcie sprzed bardzo wielu lat. Widnieje na nim on sam wraz z bratem i kolegą - trójka muzykantów, chodzącą od wsi do wsi i zabawiająca ludzi oberkami na weselach. Jest to punkt wyjściowy do rozpoczęcia wyprawy w przeszłość, gdzie muzykowanie i sprawy się z muzykowaniem wiążące są wspaniałym pretekstem do pokazania kilku losów ludzkich i życia podporządkowanego zwyczajom wsi. Tytułowe oberki to kolejne rozdziały, a każdy jest właśnie jakby pieśnią na następny temat - temat, który wynika ze wspomnienia poprzedniego. Stąd poznamy dzieciństwo Józefa i jego braci: Jana i Franciszka, ich ojca, Jakuba muzykanta, cofniemy się o ponad sto lat wstecz do czasów Macieja - pierwszego Wichra w okolicy, a także powrócimy do teraźniejszości, by spotkać wnuki, ludzi z innego już świata, który z rzadka sobie przypomina o wioskowych grajkach.

 

Trochę kojarzą mi się “Oberki…” z “Drachem” Szczepana Twardocha, bo zdaje mi się widzieć wiele wspólnych cech między losem prostego człowieka, chłopa, a robotnika, górnika ze Śląska. Żywoty zawładnięte przez zwyczaj i tradycję, gdzie każdy - ale to absolutnie każdy - ma swoje miejsce, gdzie nikt nie zadaje głupich pytań, tylko robi to, co do niego należy. Tu, podobnie jak w “Drachu” będziemy wędrować przez historię rodu Wichrów, z tym, że nie aż tak dosadnie, jak zrobił to Szczepan Twardoch, lecz spokojniej, w sposób bardziej uporządkowany. I gdzieś na tle losów ludzkich, z czasów, gdy wieś miała znaczenie, sprzed wojny, poprzez wojnę, do lat mniej więcej nam współczesnych, będziemy mogli obejrzeć przemijanie, odejście starego i nadejście nowego. A wspaniałe jest to, że autor choć czasem zbliża się do patosu (lecz trudno tego nie robić w opowieści o trudach życia), jednak nie poddaje się tylko tej kategorii opisu. Nie pokazuje herosów toczących codzienny bój z ziemią, walkę o każde ziarno zboża, o chleb, nic z tych rzeczy. Odwrotnie wręcz - przedstawiając nam muzykantów oddala się od typowej dla naszej literatury wizji wsi, tym bardziej i tym lepiej nam prostotę życia przedstawiając. Można się zanurzyć w opowieści, jest człowiek strasznie ciekaw co jeszcze się stanie, nim nadejdzie oczywista końcówka.

 

A całość napisana jest rewelacyjnie, choć bez dialogów, to z rozmowami, choć nie fantastycznie, to jednak z lekką nutką mistycyzmu typowego dla bezpośredniości dawnej tradycji. Język jest jednocześnie językiem opowieści, historii do pokazania, ale i czymś więcej, i nie chodzi mi tylko o to, że często jest fragmentem tekstu, jaki można wyśpiewać przy oberku właśnie. Ten język i te oberki znacznie lepiej kreują wzruszający opis ludzkich marzeń, nadziei, zawodów i rozczarowań, niż same losy bohaterów. Dobrze jest się czasem wzruszyć. Przy “Oberkach” można, i jest to jedna z tych książek, które po prostu czyta się do końca, bez przerw, jednym tchem, od razu, przy jednym posiedzeniu. Polecam serdecznie.

 

Powergraph 2014

Like Reblog Comment
review 2014-10-14 18:18
Madagaskar. Gorąca wieś Ambinanitelo
Madagaskar. Gorąca wieś Ambinanitelo - Arkady Fiedler „Hańba Wam, człowieki, jeśli nie czytaliście tej książki, w której Jam oto sam, na kilku dużych zdjęciach jestem przedstawiony” – jakby powiedział serialowy król Julian. Ale nie tylko o różnych lemurach i innych zwierzaczkach zamieszkujących wyspę jest ta książka. „Ale o tobie Moris, nie ma tu ani słowa, więc się nie gibaj z radości”. Jest to zbiór tak jakby krótkich reportaży z pobytu autora w jednej z wiosek na tej wyspie, połączonych w logiczną całość. Pobytu jeszcze przed II wojną światową. Dużo tutaj jest o odkrywcach i historii Madagaskaru, o mieszkańcach wyspy, ich problemach, kulturze i wierzeniach. „Nie wierzę w żadną magię i zabobon. Pradawni bogowie mnie chronią” I co było dość zaskakujące dla mnie – jest tu opisany bardzo długi proces zgrywania się i akceptacji autora z lokalną społecznością. Myślałem, że jako doświadczonemu podróżnikowi, przyjdzie mu to z łatwością. „Tak, tak, niemądre dwunożne stworzenia, czarnego luda nie tak łatwo do siebie przekonać”. Książkę zaskakująco świetnie się czyta (chociaż tytuł jest nieco mylący – sugeruje dosyć statyczną opowieść i dość długo zastanawiałem się czy ją kupić). Jest napisana trochę w innym stylu niż pozostałe autorstwa A.Fiedlera – więcej tu dialogów niż długich opowiadań. Sporo tu też o problemach miłosnych autora (ale to akurat nie dziwi, jak się poczyta jego inne książki). „Które to opowieści mnie znudziły, albowiem nie były o mnie. Kumasz zależność” I pomimo, iż akcja dzieje się w jednym miejscu, to nie można się nudzić czytając. Akcja wciąga i chce się doczytać książkę do końca. „O tak, sam to napisałem, Ja, sam, tak. Widać to na zdjęciach”. Dodatkowym plusem jest fakt, iż w tym wydaniu połączono wszystkie wcześniejsze wersje książki, dokładając również (na końcu) teksty i przypisy uznane za fałszywki – jakby napisane przez kogoś innego na specjalne, polityczne zamówienie (dołączane one były do różnych wcześniejszych wydań). I wyjaśniono faktyczny powód pobytu A.Fiedlera na tej wyspie. Wielbiciele ładnych, czarno białych fotografii (poprawionych cyfrowo) również nie powinni być zawiedzeni – sporo tu tego. „Tak, tak, Mort, ty również masz tu swoją fotkę… i przestań mi całować stopę”.
Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2014-09-14 16:20
Historia leśnych kochanków i inne opowiadania

 

Kazimierz Orłoś

Wydawnictwo Literackie, 2013

 

Nie przepadam ani za opowiadaniami, ani za składankami. Krótkie formy są dla mnie zbyt zwięzłe, zawsze, gdy akcja zaczyna nabierać tempa i gdy zaczynam się wczuwać w czytany tekst, autor złośliwie kończy historię natychmiast podsuwając mi pod nos kolejną, tym samym nakazując zapomnieć o bohaterach, z którymi dopiero co nawiązałam nić emocjonalną. Zbiory natomiast pozostawiają zawsze pewien niesmak, że oto autor raczy nas gulaszem z zeszłotygodniowych resztek fragmentów literackich. Niby smaczne, ale brak poczucia świeżości jednak nie pozwala czytelnikowi się w pełni nimi delektować.

 

Kazimierz Orłoś w ubiegłym roku zaserwował swoim czytelnikom właśnie taką potrawę. Zbiór Historia leśnych kochanków i inne opowiadania to bowiem nic innego, jak autorski wybór opowiadań, w którym autor zawarł przekrój swojej twórczości rozciągający się od początków lat 60. po czasy obecne. Każde opowiadanie opatrzone zostało datą powstania, mało to, zostały one ułożone w tomie w porządku chronologicznym. Te dwa fakty podpowiadają nam, że najnowsza pozycja Orłosia nie koniecznie jest zwykłym zapychaczem przerwy w wydawnictwach, ale być może jej powstaniem kierowały jakieś inne pobudki. Próba podsumowania twórczości? A może coś więcej?

 

Tajemnicą nie jest, że twórczości Orłosia bliżej jest do piękna przyrody, mazurskich lasów i jezior, kolorytu wsi i całego wachlarza jej mieszkańców, niż do zatłoczonego miasta, tak popularnego wśród najmłodszego pokolenia pisarzy. Wielkiej metropolii w Historii leśnych kochanków również nie zaznamy, już sam tytuł (będący tytułem jednego z opowiadań pojawiających się w tym zbiorze) zwiastuje, że autor zabierze czytelnika w podróż na łono natury. Przedstawiony na okładce las odgrywa tutaj rolę dość znaczącą, pojawia się w wielu opowiadaniach jednocześnie służąc za miejsce schadzek kochanków, schronienie dla partyzantów, scenę przestępstwa, czy wreszcie punkt wyjścia do refleksji. Natura jest obecna w większości opowiadań (zwłaszcza tych najwcześniejszych), jest czymś pierwotnym, nieskażonym, bezbronnym.

 

Oczywiście Orłoś nie jest zainteresowany tworzeniem peanów pod adresem środowiska. On wprowadza do niego człowieka, a człowiek niesie ze sobą pierwiastek zła. Wśród bohaterów Historii leśnych kochanków niewiele jest ludzi prawych, większość z nich została do granic możliwości przeżarta zepsuciem. Samolubni, obojętni na potrzeby innych osób, nie przejmujący się uczuciami swoich bliźnich, włączając tych czworonożnych. Składanie bezpodstawnych donosów, znęcanie się nad lisem, radość po śmierci matki - to tylko niektóre z grzechów postaci z którymi przyjdzie nam się tutaj spotkać.

 

Historia leśnych kochanków to jednak coś więcej, niż opowieści o dobrej naturze i złym człowieku. Jak już wspomniałam, układ chronologiczny nie jest tutaj przypadkowy. Orłosiowi już od samego początku było po drodze z realizmem, dlatego opisywane przez niego wydarzenia są niemal zawsze silnie związane z 'tu i teraz' (dopiero pod koniec zbioru zdarzają się nostalgiczne powroty do przeszłości). W ten sposób gdzieś w tle Historii leśnych kochanków cały czas pobrzmiewa historia współczesnej Polski, począwszy od ech powojennych, przez uroki PRL-u ze złymi milicjantami i wspomnianym już donosicielstwem, aż po transformację i czasy nam współczesne. Autor powoli prowadzi nas przez ostatnie półwiecze, pokazując, jak zmieniają się otaczające nas realia.

 

Orłoś dość dobrze poradził sobie z niebezpieczeństwem, jakie skrywają w sobie zbiory opowiadań. Już pierwszym tekstem wprowadza czytelnika w określony klimat, który, za sprawą usytuowania wszystkich opowiadań w podobnych okolicznościach wiejsko-małomiasteczkowych, praktycznie do końca nie opuszcza czytelnika. I choć te krótkie formy są prawdziwie niewielkich rozmiarów, to jednak czytelnik nie odczuwa dyskomfortu związanego z przeskakiwaniem z jednej historii do drugiej. Coś zaczyna się psuć dopiero w okolicach opowiadań z lat 90., kiedy to teksy stają się już mniej absorbujące, zupełnie tak, jakby transformacja wyssała jakiś pierwiastek tajemniczości z otaczającego nas świata. A może to i prawda?

 

Historia leśnych kochanków to zbiór, nad którym zdecydowanie warto się pochylić. Opowiadania te wypełnione są okrucieństwem (zwłaszcza te, w których cierpią zwierzęta), jednak atmosfera minionych lat połączona z bliskością przyrody sprawia, że jednak jakaś tajemna siła nie pozwala porzucić tej lektury.

 

Patrz też:

Dom pod lutnią

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2014-07-14 13:38
O Sońce, co Niemca chciała
Sońka - Ignacy Karpowicz

Prozę Ignacego Karpowicza uwielbiam. Szczególne miejsce w moim zestawieniu ulubionych książek zajmują Balladyny i romanse, które uznaję za najlepsze dzieło tego autora. Zaraz za nimi sytuuję wyśmienite ości. A kilka dni temu skończyłem Sońkę i – niestety – stwierdzam, że moim prywatnym rankingu książek Ignacego Karpowicza, tekst ten zajmuje ostatnie miejsce.

 

Można mieć pretensje do autora, że nie prezentuje II Wojny Światowej zgodnie z obowiązującym w Polsce stylem martyrologicznym. Ale są to, delikatnie mówiąc, nieadekwatne zarzuty. Ignacy Karpowicz wydając tę książkę przypomniał czytelnikom o tym, że w wojnie uczestniczą nie tylko idee oraz żołnierze, ale także postronni ludzie, postacie trafione rykoszetem historii. Właśnie tak jest z tytułową Sońką oraz jej ukochanym Joachimem, który jest żołnierzem SS. Akcja książki rozgrywa się w małej wsi, przez co zostaje podkreślony aspekt lokalny opowieści. Takie miejsca bywają odcięte od świat, wszystko w nich wydarza się inaczej. Niestety Duch Historii nie wybiera, tylko przypadkowo naznacza.

 

Nawet w trakcie pisania tego tekstu próbuję jednoznacznie odpowiedzieć sobie na pytanie, co tak w zasadzie drażni mnie w tej książce. Porwana narracja? Ma uzasadnienie. Skoncentrowanie treści na zakazanej miłości? Można powiedzieć, że temat oklepany do granic możliwości, ale nie jestem fanem pieśni „Wszystko już było”, której refren brzmi: Tylko wtórność nam pozostała. A może kategoria tożsamości będąc ściśle związana z pamięcią?

 

Odrzucone JA

 

Sońka to ostatnia opowieść głównej bohaterki. Przybiera ona formę spowiedzi, której wysłuchuje Igor Gryczewski, młody reżyser teatralny obsypany taką samą ilością zachwytów jak i niechęci. I na podstawie słów Sońki postanawia stworzyć sztukę teatralną, która przyjmie formę specyficznej biografii ukrywającej się pod płaszczykiem historii o zakazanej miłości. Tutaj Ignacy Karpowicz zaczyna krytykować świat odbiorców sztuki. Teatralna interpretacja losów Sońki najpierw spotyka się z odrzuceniem, a potem z rosnącą akceptacją. Mam wrażenie, że wielkie tuzy polskiej krytyki literackiej (jeżeli ta jeszcze istnieje, bo zdania są podzielone) postanowiły, że nie dadzą się oszukać. Już teraz okrzyknęły Sońkę dziełem wybitnym, realizującym istotne dla Polski, Polaków i reszty świata tematy. Kolokwialnie mówiąc nie dali się wkręcić i zamiast dostrzegać kicz, widzą tylko wielkość. Wyprzedzają czas i nie idą drogą krytyków z książki – od razu ogłaszają literackiemu światu, że polski autor wydał dzieło niezwykle ważne.

 

A dla mnie jest to wyłącznie kiczowata opowieść o odtwarzaniu własnej tożsamości. Igor i Sońka pozostają w konflikcie. Ona wie kim jest, potrafi opowiedzieć swoją historię, doskonale zna swoje miejsce. Ukształtowana została na małej wsi, pomiędzy bijącym ojcem, popem, a miłością do Niemca z SS. Właśnie to uczucie powoduje rozłam w jej tożsamości. Wokół niego narastają kłamstwa, nienawiść i śmierć. Dopiero opowiedzenie własnej historii Igorowi powoduje ponowne scalenie tożsamości. Natomiast reżyser teatralny jest jeszcze ciekawszym przykładem tego problemu. On ukrywa swoje prawdziwe pochodzenie poprzez wyrugowanie wyuczonego języka. Dopiero konfrontacja z Sońką przypomina mu o jego korzeniach. Dlatego tworzy sztukę na podstawie jej życia. Ma być ona formą powrotu do początku oraz pogodzenia się z własną tożsamością. Ciekawe jest to, że Igor dokonuje tego poprzez podwójne opowiedzenie. Najpierw zewnętrzne, przez historię usłyszaną, a potem przez sztukę teatralną, którą najpierw przetwarza przez siebie. W tej postaci bardzo widoczne jest rozbicie na Ignacego oraz Igora. Zmiana tożsamości następuje wraz ze zmianą imienia. To Igor jest genialnym reżyserem mieszkającym w Warszawie, a Ignacy ukrywa się, nie może wyjść z Igora, bo zepsuje jego reputację. Sztuka pozwala połączyć te dwie osoby w jedną.

 

Dlatego uważam, że ta rzewna historia o Sońce, co chciała Niemca, ale potem społeczność jej nie chciała, jest niepotrzebna. Znacznie ciekawszy jest ten konflikt pomiędzy tożsamościami. Tą trwała, z wiejskimi korzeniami silnie zasadzonymi w przeszłości oraz tą nowoczesną, płynną, zbudowaną na ukrytych w ziemi fundamentach. Igancy Karpowicz dokonuje ich odkopania i każe zastanowić się czytelnikom nad ich przeszłością. Współczesność nie traktuje w sposób poważny jakichkolwiek korzeni, obserwują to nawet w naukach humanistycznych, które ze wstrętem podchodzą do wszelkich badań historycznych. Postmodernizm nasz rozbija, płynność wcale nie tworzy nowych wartości, a niepotrzebne konflikty. Dopiero poznanie własnej historii buduje solidną tożsamość.

 

Rzewny romans

 

Najciekawsze były dla mnie wątki związane z Igorem. Najbardziej denerwowały mnie elementy dotyczące Sońki, ponieważ jej historia w ogóle mnie nie porwała. Jedynie zwróciła mi uwagę na to, że w Polsce posługujemy określonym stereotypem dotyczącym okresu II Wojny Światowej. Z tej perspektywy Sońka jest cenna, ale ta warstwa jest pokryta lukrem żywcem zapożyczonym z romansu dla pensjonariuszek. Zazwyczaj zabawa z gatunkami udaje się Ignacowi Karpowiczowi wyśmienicie. W przypadku Sońki sprawa ma się zupełnie inaczej.

 

Największą słabością tej książki jest jej romansowy charakter. Przez to staje się ona pozycją średnią, ale – na szczęście! - nie marnym czytadłem. Najnowszą pozycję Ignacego Karpowicza można zabrać do pociągu. Idealnie nadaje się na długie podróże, a to już jakaś zaleta.

 

Ignacy Karpowicz, Sońka

Wydawnictwo Literackie, Kraków2014

oprawa twarda, 205 stron.

 

Like Reblog Comment
show activity (+)
review 2013-12-20 17:56
Miedza
Miedza - Andrzej Muszyński

Andrzej Muszyński

Wydawnictwo Czarne, 2013

 

Miedza – wąski pas niezaoranej ziemi przebiegający pomiędzy* dwoma polami uprawnymi. Raj dla zwierzyny, która uwielbia wić sobie gniazdka na tym dzikim obszarze ‘ziemi niczyjej’, przekleństwo dla rolników, dla których stanowi ona odwieczny przedmiot sporów. Słowo jednoznacznie kojarzące się z czymś swojskim, wiejskim, ale też i nieco przestarzałym. W życiu codziennym stara ‘miedza’ została już dawno wyparta przez bardziej ogólną i mniej jednoznacznie brzmiącą ‘granicę’ i powoli zaczęła dołączać do grona wyrazów, które pewnego dnia ktoś wrzuci do worka archaizmów.

 

Nic dziwnego, że Andrzej Muszyński zdecydował się właśnie tak zatytułować swój najnowszy zbiór opowiadań. Razem ze swojską miedzą w zapomnienie odchodzi swojski charakter wsi. Zaledwie w ciągu ostatnich dziesięciu lat krajobraz polskiej prowincji uległ poważnym zmianom, co oczywiście doskonale zauważył autor, który sam pochodzi ze wsi. Nie mógł umknąć jego uwadze fakt, że zmienił się nie tylko wygląd jego rodzinnej wsi, ale głębokie zmiany dotknęły również i całą społeczność wiejską.

 

Jaka jest wieś opisana przez Muszyńskiego? Jest to obszar cichy, wymarły, niemal jak ten uchwycony na zdjęciach dzisiejszego Czarnobyla. Najlepiej ten niebyt odzwierciedla opowiadanie „Kundel. Dziennik czwartoligowca”. Ludzie pozamykani w domach, zajęci swoimi sprawami. Boisko puste, bramki przeżarte rdzą, podobnie jak od dawna nie używana ‘scena dla kapel’. Dzieci nadal grają w piłkę, ale od tej kopanej własną nogą wolą tą wirtualną.  Zamiast bawić się pod chmurką czy w sali OSP, młodzi wolą pojechać na duże i głośne ‘protektory’. Coś, co niegdyś tętniło życiem, zaczyna przypominać osiedle podmiejskie – wysokie płoty, pozamykane na cztery spusty bramy, sąsiad nie zna sąsiada. Coś w tym jest, ponieważ część z obecnych mieszkańców wsi ma niewiele wspólnego z autochtonami. To przybysze z miasta, którzy, jak zauważa autor w drugiej części opowiadania „Gemeinschaft”, wolą robić zakupy w Almie, niż zaopatrywać się u mieszkającego nieopodal gospodarza. Małe gospodarstwa upadają, miejscowi wyruszają na zarobek do Anglii zostawiając po sobie opustoszałe domostwa. Niewiele brakuje, a zaczną się na naszej polskiej ziemi pojawiać porzucone przez mieszkańców ‘wioski widma’.  

 

A jacy są mieszkańcy wsi, ci, którzy zdecydowali się zostać, ponieważ ich wieś zamiast upadać zaczęła się rozwijać? Ciekawy i niemalże modelowy egzemplarz stanowi narrator opowieści o Biołym. Choć wydaje się, że to właśnie historia tytułowego Biołego, legendarnego pustelnika, jest tematem tej opowieści (nawiązując do wymierającej już tradycji opowiadania legend i podań), to jednak szybko okazuje się, że zaprezentowanie legendy jest tylko pretekstem do obserwacji opowiadającego ją mieszkańca, idealnego połączenia tradycji i nowoczesności. Narrator posługuje się gwarą. Przynajmniej od czasu do czasu. Wywołuje zdjęcia i je skanuje. Korzysta z GPS-a, ale w pogotowiu ma również i mapę. Ot takie pomieszanie z poplątaniem mieszkańca pewnej miastowsi – jedną nogą jeszcze w gumiaku, drugą już w eleganckim lakierku.

 

 

Oczywiście są też osoby broniące tradycyjnej wsi. Ot chociażby bohater „Ławki” zawzięcie broni tytułowego przedmiotu, który ma lada moment zostać usunięty sprzed jego domu, ponieważ stoi na drodze zalewowi kostki brukowej. Wbrew pozorom ławka nie pojawia się tutaj zupełnie przypadkowo. Jeszcze 15 lat temu jadąc przez wieś, można było natknąć się na stojące przed niemal każdym domem ławeczki a na nich siedzących domowników obserwujących okolicę i czekających na sąsiada, z którym będzie można pogadać (a przy okazji i coś wypić). Czasy się jednak zmieniły i ludzie z ławek przenieśli się na miękkie kanapy i zamiast podglądać mieszkających naprzeciwko sąsiadów, zaczęli śledzić losy fikcyjnych bohaterów kolejnej telenoweli. Ławki znikły, na poboczach pojawił się chodnik, drogę pokrył asfalt po którym suną ogromne tiry. I o ile brak komunikacji przywodzi nam na myśl wielkie miasta, to wbrew powszechnym przekonaniom wieś również zaczyna powoli cierpieć na tego typu przypadłość.

 

Miedza to fikcja oparta na faktach. Chociaż w pierwotnym zamierzeniu miała być reportażem, to autor zdecydował  się jednak ostatecznie wybrać formę opowiadania. Dzięki temu mógł pokazać swoje możliwości warsztatowe, pobawić się językiem próbując oddać brzmienie miejscowej gwary. W niektórych momentach jego styl wzbija się naprawdę wysoko, pozostawiając za sobą suchość przekazu reportażu. Niech za przykład posłuży tutaj opowiadanie Trawy, trawy, zimne gruszki które zostało docenione na Międzynarodowym Festiwalu Opowiadań we Wrocławiu w 2012 roku.

 

Zbiór opowiadań Muszyńskiego to pewnego rodzaju ewenement, po który należy koniecznie sięgnąć. Jako jeden z nielicznych podjął on próbę opisania wsi XXI wieku, coś, czego żaden inny pisarz nie chciał robić. Bo jak opisać tą współczesną prowincję, która jest w fazie przepoczwarzania? Lepiej poczekać, aż rozwinie on skrzydła i zaskoczy swoją nową formą, lub powspominać czasy, kiedy pełzała wśród pięknych okoliczności przyrody. Tymczasem autor próbuje zbadać tą miastowieś, ten stan ‘pomiędzy’. I całkiem dobrze mu to wyszło.

 

*ciekawostka etymologiczna - słowo pomiędzy wywodzi się właśnie od słowa miedza

More posts
Your Dashboard view:
Need help?